Nierówny rytm serca – Recenzja filmu Juliusz

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. (…) Pustka, proszę pana… Nic! Absolutnie nic. I tak patrzę sobie… siedzę se w kinie, proszę pana… Normalnie… Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina, proszę pana… I wychodzę… No i panie, i kto za to płaci? Pan płaci… Pani płaci… My płacimy… To są nasze pieniądze, proszę pana…

Musiałem posłużyć się cytatem Mamonia z Rejsu, by następnie móc z łatwością odnieść się do całości. Problem z Juliuszem przeżywałem już od samego początku; po obejrzeniu zwiastuna mój stosunek do produkcji stał się okropnie ambiwalentny. Następnie pojechałem na wywiady z twórcami, którzy przedstawiali swój nowy film, jako mądry komediodramat. Okazało się, że racja stoi pośrodku, bo obejrzałem zarówno tytuł stworzony od serca i zamiłowania, jak również komedię z żartami na poziomie wulgarnego przedszkolaka.

Nierówny Juliusz manewruje na dwóch gatunkach i w żadnym stopniu nie wychodzi mu to na dobre. Twórcy pokusili się wkleić dramat do komedii, a powinni zrobić na odwrót, dodać odrobinę subtelnego humoru do naprawdę poprawnej historii. Sęk w tym, że polscy reżyserzy nie potrafią jeszcze tak dobrze bawić się nastrojem, a przed samym Aleksandrem Pietrzakiem jeszcze dość spora droga. Nie oznacza to, że wszystko w tym filmie nadaje się do usunięcia lub zmiany.

Kadr z filmu Juliusz/materiały prasowe

Przede wszystkim, to pokaz kunsztu aktorskiego ze strony Mecwaldowskiego i Peszka. Oni tworzą klimat tego filmu, oni powodują, że przy ckliwych momentach płaczemy, potrafią dodać mocnej dramaturgii. Ich wątki łączą się  rodzinny brak zrozumienia, upadek wartości ojca Juliusza, niefrasobliwość i życiowy pech syna; wszystko ma tu sens i na tym powinien bazować Juliusz, a nie na dennym humorze. Pietrzak postanowił połączyć ten wszechobecny i gdzieś tam wyczuwalny smutek z typowym żartem stand-upu. Brzydko to wygląda, gdy w jednej chwili słyszymy teksty o przyrodzeniu i mamy ochotę wyjść jak Mamoń, a z drugiej wkręcamy się w różnorodne aspekty opowieści i zaczyna zależeć nam na bohaterach.

Scenariusz opierający się na trzech problemach  przemiana protagonisty, jego uczucie do ojca i miłość do uroczej Doroty (Smołowik) rozjeżdża się gdzieś w połowie. Wszystkiego dodano po trochu, bo scenarzyści nie wiedzieli, co tak naprawdę usunąć. Nie zarzucam im chełpienia się pomysłami, a jedynie brak wyczucia, bo z Juliusza otrzymujemy taki cygański miszmasz scen lepszych i gorszych. Alek chciał stworzyć coś w rodzaju Debiutantów; jako polski Mike Mills balansował na granicy łez i śmiechu, wrażliwości i pastiszu. Nawet fabuła jest praktycznie ta sama, z podobnym potoczeniem się wątków i końcówką. Spytany przeze mnie, czy trochę czerpał z tego filmu i jemu podobnych, odpowiedział, że nie tyle czerpał, ile kradł, bo to robią najlepsi. Pytanie, czy Juliusza stworzyli najlepsi? Bo mi tu momentami pachnie ligą okręgową.

Scena z filmu
Kadr z filmu Juliusz/materiały prasowe

Nie odejmę Juliuszowi jednego faktu, który ratuje go przed klęską. Jest on filmem zrobionym od serca, pokazującym, że nawet w najgorszym momencie można znaleźć wyjście, że kiedyś przyjdzie lepsze jutro. Niczym w bajce znajdziemy przemianę bohatera, niczym w filmie akcji momentami dzieje się coś więcej. Z drugiej strony, to setny tytuł z wątkiem spłacania długów gangsterowi, jakimiś takimi bezsensownymi scenami i komizmem na siłę. Widać też budżetowy problem, parę scen zostało jakby pominiętych, wiemy, że coś się wydarzyło, ale dostajemy jedynie skok w czasie, albo kamera najeżdża na coś zupełnie innego. A! Nie odbiorę mu klimatu komedii Marka Koterskiego, tutaj działa to zdrowo i sensownie. W skrócie? Kapryśnie bijące serduszko.

Przytoczę jeszcze taką łzawą scenę, gdzie w przychodni Doroty (pracuje jako weterynarz) mają uśpić psa starszego pana. Ogólnie niepotrzebny wątek, nic nie znaczący, ale nie wepchnęli go bez powodu. Juliusz junior pracuje jako rysownik, po śmierci zwierzaka (i nie tylko) dostajemy komiksowe wstawki nawiązujące do tego, co dzieje się na ekranie. Sympatyczny pomysł, gdzie zostaje rozwinięty wątek pracy bohatera. Na takich smaczkach powinna opierać się całość. One kupują widza, a poziom żartów go odstrasza. Przynajmniej mnie, fani Pitbulla niech jak najszybciej rezerwują bilety.

Scena filmowa
Kadr z filmu Juliusz/materiału prasowe

Na chore serce można zaradzić. Trzeba brać tabletki, leki, ale tak długoterminowo, wręcz do końca życia.  Tak samo jest z kręceniem filmu i pisaniem np. artykułów  jeszcze raz robić, robić i robić, metodą prób i błędów odkrywać własne predyspozycje. Panu Pietrzakowi wróżę i życzę jak najlepiej, jedynie niech znajdzie innych ludzi do produkcji. Gizie i Rucińskiemu radzę pozostać przy stand-upie. W tym są świetni, ale tutaj pogubili się stosunkowo szybko. Choć od czasów Swingu progres widoczny.

Ja chciałem uciec z kina jedynie przez jedną trzecią filmu  to już coś, medal dla mnie! Mamoń wyszedłby po piętnastu minutach. Jak wytrzymamy i je, to później całkiem nieźle spędzimy resztę seansu. Bez fajerwerków, ale z zimnymi ogniami. Przecież przy nich też się można bawić, nieprawdaż?

 

Zdjęcie tytułowe: plakat filmu Juliusz

Jan Tracz

Niesforny pasjonat kultury to po pierwsze. Aktualnie pisze o filmie na portalu Film.org. Publikował na Movies Roomie i Filmawce, a niektóre prace na Filmwebie; bawi się w dziennikarstwo i współpracuje z ludźmi z branży. Uwielbia muzykę, co jakiś czas sięga po kolejne wydawnictwa — od alternatywy, po zwykłego rocka i pop. Zamiłowany w historii i literaturze, nie zdzierży dnia bez książki. Co oprócz tego? Powoli poznaje świat psychologii, jak również jest wielkim fanem tenisa ziemnego. Chodzi w lenonkach, nawet kiedy nastaje noc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *