Przechadzka po Fezie vel przedsmak marokańskiej kultury

Fez. Wchodzę na suk. Przyczepia się do mnie kobieta chcąca sprzedać nogę od stołu. Mówię Szokran (dziękuję) i idę dalej. Wchodzę do części garbarskiej, co zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Przechodząc, zaglądam do jednego z domów. Marokańczyk ogląda Al-Jazeerę (kanał telewizyjny) i pije herbatę, jego żona gotuje coś obłędnie pachnącego, z kieliszkiem herbaty w ręce, a piątka dzieci siedzi przy prowizorycznym stoliku zbudowanym z odwróconego wiadra i kawałka blachy. Wspólnie popijają herbatę. Marokańczyk zauważa mnie, coś mówi do swojej żony i gestem ręki zaprasza do środka. Gdybym nie chciał jak najszybciej opuścić sekcji garbarskiej, może bym skorzystał. Kręcę głową i oddalam się. Zaiste, arabska gościnność. Witamy w Maroku!

Garbarnia Fez
Garbarnia w Fezie/serwis blaber

Wychodzę z suku i kieruję się do najbliższej restauracji, a raczej dziury w ścianie z piecem i dwoma krzesłami na krzyż. Siadam, przychodzi kelner. Oczywiście nie ma menu, znaczy jest, ale tylko po arabsku, tudzież po francusku. Zamawiam tajin, jest przecież w każdej szanującej się restauracji, ale zanim zdążę pomyśleć nad rodzajem mięsa, kelner ulatnia się i znika we wnęce z zasłonką. Koło mnie siedzi dwóch Marokańczyków, palą papierosy i komentują Mecz piłki nożnej przez duże M. Można to wywnioskować z entuzjazmu wymalowanego na ich twarzach, nieartykułowanych krzyków, gdy jeden z piłkarzy potknie się o piłkę oraz ilości wypalonych papierosów, które powoli zaczynają wędrować poza popielniczkę. Gra chyba jakaś miejscowa drużyna, zresztą i tak na śnieżącym telewizorze prawie nic nie widać.

Kelner przynosi miętową herbatę, której oczywiście nie zamawiałem, wraz z czterema kostkami cukru. Próbuję jej, a słodycz wypala mi krtań i doprowadza zęby do płaczu. Niestety cukier wabi muchy, więc z bólem serca (i zębów) wrzucam resztę kostek do herbaty. Kelner pojawia się ponownie, przynosząc tajin, który z dumą bijącą z jego całej postawy stawia na chyboczącym się stoliku i podnosi pokrywkę. Po zapachu można by stwierdzić, że mamy do czynienia z mityczną ambrozją i jadłem bogów, jednak spoglądając do naczynia, możemy zobaczyć jedynie kawałek mięsa nieznanego pochodzenia, ziemniaki, jakieś warzywa i cebulę. Mnóstwo cebuli.

Tajin
Typowy marokański tajin/YouTube – Kanał sousoukitchen

Po zjedzeniu tajinu i zapłaceniu oszałamiającej sumy 20 dirhamów wychodzę, żegnany wylewnie przez kelnera, który okazał się również kucharzem. Wracam na suk, zaczepiony po drodze przez kilku kolejnych naganiaczy, których lokal jest oczywiście najlepszy w całym Fezie. Tym razem wchodzę od strony stolarskiej, więc trociny i zapach bejcy zaczynają mnie zatykać. We wnękach uliczek widzę starców pracujących z drewnem, a przed wnęką stoją gotowe stoły, jeszcze nieoheblowane. Taki stół można kupić za grosze, i to dosłownie. Niestety transport we własnym zakresie, wraz z drzazgami oraz wypadającymi, niesklejonymi nogami. Dalej jest już tylko sekcja turystyczna, z Marokańczykami ubranymi w tradycyjny, kapiący złoconym mosiądzem strój, obowiązkowo z turbanem na głowie, a szkoda, że wielbłąda nie wprowadzili, jeszcze by była większa atrakcja.

Preferuję jednak poznać trochę prawdziwego Maroka, więc przeciskam się przez uliczkę mającą niewiele ponad pół metra i po pewnym czasie wychodzę na plac ze złotnikami. Panuje tam grobowa cisza, przerywana jedynie skrobaniem rylców o biżuterię czy okazjonalnym uderzeniu młotkiem w pierścień. Jeden z nich podnosi wzrok, widzi mnie i przyjacielsko zaprasza do siebie. Nie mam gdzie uciec, więc, chcąc nie chcąc, podchodzę do niego, mówiąc Salam (ich pozdrowienie). Uśmiecha się, co sprawia, że zmarszczki na jego twarzy jeszcze bardziej się pogłębiają. Cóż, zapowiada się długa rozmowa, więc siadam koło niego na odwróconym wiadrze.

Ręka Fatimy
Chamsa (Ręka Fatimy),czyli symbol chroniący przed złym urokiem/pixers

Najpierw zaczyna rozmowę po arabsku, ale zorientowawszy się, że tylko siedzę i przytakuję, nie rozumiejąc ani słowa, przechodzimy na angielski. Wprawdzie dość skromny, ale wciąż komunikatywny. Rozmowa zaczyna się od oczywistego pytania, skąd jestem. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, a reakcja jest raczej dość powszechna. Marokańczyk uśmiecha się, prezentując resztki zębów wyżarte przez kilogramy pochłanianego cukru i mówi Lewandowski!. Uśmiecham się, chociaż spotkałem się z tą reakcją tak wiele razy, że nie robi na mnie już żadnego wrażenia. Dyskusja zbacza na tematykę kulturową, zarówno ja, jak i on chcemy się dowiedzieć czegoś o kulturze drugiej osoby. I stąd między innymi wiem, że marokański islam jest dużo mniej restrykcyjny i ortodoksyjny niż ten z Półwyspu Arabskiego, albo, że z racji ogromnych ilości spożywanego cukru dosłownie we wszystkim posada stomatologa w Maroku jest jedną z bardziej lukratywnych prac.

Usłyszałem również, że większość restauracji, w szczególności w Marrakeszu serwuje potrawy przystosowane do żołądków europejskich, ponieważ nasza flora bakteryjna nie zniosłaby takiej ilości przypraw. Rozmowa znowu zmieniła kurs i zaczęliśmy dyskutować o języku berberyjskim i pomyśle obecnego króla Maroka, który zamierza wdrożyć berberyjski jako kolejny język urzędowy, razem z arabskim i francuskim. Mahmud (bo tak się nazywał) jest z tego całkiem zadowolony oraz uważa, że obecny król jest bardzo dobry dla narodu. Szczerze mówiąc, to w każdym większym budynku, jak restauracja, poczta czy bank, wisi portret ówczesnego oraz poprzedniego władcy. Wstając, żegnam Mahmuda, a on przykłada trzy palce dłoni wierzchnią stroną do ust, jednocześnie trzymając kciuk i mały palec ułożone w kółeczko. Bardzo stare, tradycyjne berberyjskie pożegnanie.

Król Maroka
Muhammad VI, obecny król Maroka/serwis flickr

Opuszczam Maroko z wielkim niedosytem, zarówno w sercu, jak i w żołądku. Tyle jest jeszcze meczetów do obejrzenia, bazarów do odkrycia i potraw do spróbowania w Maroku, że od samej myśli kręci mi się w głowie. Wiem jedno, ten kraj mnie zdecydowanie nie zawiódł, stanowi on uczciwy kompromis pomiędzy wpływami arabskimi, afrykańskimi i europejskimi, co tworzy ciekawy miszmasz kulturowy. Zdecydowanie uważam, że jest to miejsce ciekawe, z długą, starą historią, które jednak nie zaprzestało dążyć do samodoskonalenia i usprawniania swej gospodarki. A przecież nie da się udoskonalić ideału, prawda?

Ilustracja wprowadzenia: Meczet Hassana II w Casablance/photoworld

Maciej Jakubik

Zapalony podróżnik głodny przygód. Lubi dobre jedzenie i tanie wino, nie pogardzi droższym. Uwielbia oglądać po raz n-ty Nietykalnych. Pasjonuje go ciężka muzyka oraz biografie. Nie wyjdzie z domu bez słuchawek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *