Nieznane zwyczaje niezrozumianych państw #1 – Izrael

Zdezorientowany budzę się i czuję okropny ból w krzyżu. Kolejna godzina spędzona w fotelu wolno mija. Głośno ziewam, przecieram oczy i sięgam po niewielki przewodnik podróży, ale znudzony kartkowaniem kieruję wzrok na szybę. Podziwiam fantastyczny krajobraz Bliskiego Wschodu i jednocześnie walczę z rażącymi mnie promieniami słońca. Staram się nie zwracać na nie szczególnej uwagi i oglądam nieznacznie porośnięty trawą pustynny step. Wśród uroku natury mój wzrok przyciąga pagórek, na którego szczycie dostrzegam odpoczywającego starszego mężczyznę. Nagle słyszę klaskanie z każdej strony, rozglądam się w chaosie po wnętrzu pokładu i próbuję zrozumieć, co właściwie się dzieje. Z obłędu ratuje mnie młoda współpasażerka o oliwkowej cerze, spokojnie informuje, że jesteśmy już na miejscu. Samolot właśnie ląduje. Krzyczę w duchu: Witaj, Izraelu!

Fot. timesofisrael.com

Czy złapię autobus w upalny dzień?

Zabieram niewielki bagaż, szybko opuszczam lotnisko i szukam informacji, dokąd tak właściwie mam iść. W oczy rzucają mi się napisy zarówno w języku hebrajskim, jak i angielskim. Nie znam miasta, dlatego zmierzam w stronę miejskiego przystanku autobusowego. Chcę skorzystać z jakiegokolwiek transportu i jak najszybciej dotrzeć do celu.

Wyciągam telefon i sprawdzam na mapie, gdzie jestem, po czym szukam adresu znajomego, u którego dziś nocuję. Wychodzi na to, że mieszka on trzy kilometry dalej.

Czekam piętnaście minut i powoli się niecierpliwię. Spoglądam na rozkład jazdy i zupełnie pomijam wiszącą półkę z książkami. Jaki dziś dzień? No tak, sobota. Na tablicy nie ma takiego dnia. Po chwili oczekiwania na autobus, podchodzi do mnie Arab. Dzięki krótkiej rozmowie dowiaduję się, że w szabat, czyli ostatni dzień żydowskiego tygodnia, komunikacja miejska nie działa. Co teraz, czeka mnie podróż na osiołku?

Mam do wyboru arabski transport lub droższą, prywatną firmę. W pośpiechu kalkuluję wszystko w głowie. Muszę długo czekać, zanim cokolwiek przyjedzie.

Dochodzę do wniosku, że po prostu się przejdę. W końcu jestem tu po to, żeby zwiedzać, a najlepiej robi się to na własnych nogach.

Fot. greenprophet.com

Czy to już wojna, czy tylko zamach na mój spokój?

Przemierzam ulice Tel Awiwu. Ze względu na święto jest dziś wyjątkowo spokojnie. Patrzę na rozmaite budynki i próbuję poczuć duszę tego pięknego miasta. Całkiem tu nowocześnie… Czy to na pewno miejsce, w którym są, znani z lekcji historii, Żydzi z pejsami?

Po drodze natykam się na plażę, gdzie rodzice bawią się ze swoimi dziećmi i cieszą wolnym czasem. Dziesiątki osób opalają się w blasku promieni, tych samych, które atakowały mnie w samolocie. Grupka radosnych przyjaciół gra w tenisa na piasku. To bardzo popularny sport w tym kraju, przynajmniej tak mówi przewodnik.

Idę dalej i trafiam na kolejną, jeszcze bardziej obleganą plażę. Wśród mnóstwa ludzi dostrzegam kobietę, która zwyczajnie pije sok. W oczy rzuca mi się przewieszony przez dziewczęce ramię karabin. Gdzie ja jestem?

Czuję się nieswojo, ciarki przechodzą mi po plecach. Przyspieszam kroku i przemieszczam się dalej, jak najprędzej do domu znajomego.

Fot. israel21c.org

Pierwsza prawdziwa konfrontacja

Podziwiam wyjątkową architekturę, zapełnione plaże i restauracje, wewnątrz których mieszkańcy Izraela odpoczywają od pracy i spożywają posiłki.

Rozglądam się i orientuję, że sceneria nagle się zmieniła. Zamiast wesołych rodzin w amerykańskich strojach zauważam poważnych mężczyzn w kapeluszach i kobiety w długich spódnicach. Dzięki temu przychodzi mi do głowy, że znajduję się w dzielnicy ortodoksyjnych żydów. Ekstra!

Coś jednak szczególnie mnie zaskakuje. Wśród czarnych nakryć głowy jedno się wyróżnia. To czapka z futra… lisa, bobra? Nie wiem, ale wygląda co najmniej dziwnie.

Po chwili nareszcie docieram do upragnionego miejsca. Staję przed wejściem do dwupiętrowego, zadbanego domu. Pukam.

Fot. picoku.net

Wśród izraelskiej rodziny w nieizraelskim stylu

Drzwi powoli się uchylają, a przede mną staje mała, pięcioletnia dziewczynka. Krzyczy coś w niezrozumiałym języku. Jedyne słowo, które wyłapuję, to: Kuba i zaraz zza uroczej młodej damy wyłania się mój żydowski przyjaciel – Jakub.

W Polsce nie rozmawialiśmy zbyt wiele o zwyczajach Izraela, ale gdy słyszę jego imię w ustach dziecka, wiem, że będzie ciekawie, bo w końcu gdzie tak bardzo zakorzeniony w naszej kulturze zwrot tato lub wujku?

Po przejściu progu, od razu przechodzimy do eleganckiej jadalni. Wspominamy stare czasy i to, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przy okazji poznaję jego narzeczoną – Sarę. Jest bardzo sympatyczna, a na dodatek ratuje mój krzyczący żołądek, przygotowując dla nas obiad.

Czuje się w tym miejscu naprawdę dobrze. Właściwie przypomina mój dom. Zauważam co prawda siedmioramienny świecznik na stole, ale to nic dziwnego w Izraelu.

Zastanawiam się jedynie, dlaczego sztućce, garnki, a nawet kuchenne palniki są podpisane angielskimi słowami meat albo milk. Nie myślę nawet o hebrajskich odpowiednikach. Moja nowa mała przyjaciółka zaczepia mnie i tłumaczy łamanym angielskim, że według żydowskich zasad koszerność zobowiązuje do przygotowywania oraz spożywania mięsa i mleka osobno. Dziękuję za informację i zbijam z nią piątkę.

Po krótkiej lekcji tradycji siadamy we czwórkę do stołu i zabieramy się do kosztowania… jajek i sałatki. Ten posiłek nadaje się bardziej na śniadanie, ale ze względu na ogromny głód po podróży, nie narzekam.

Fot. Adam Jang

Chcąc poznać i zrozumieć więcej

Po obiedzie spacerujemy po mieście. Tel Awiw to wspaniałe miejsce i cieszę się, że tu jestem, jednak myśl o kobiecie z karabinem na plecach nie daje mi spokoju. Tłumaczę Jakubowi moje zmartwienia tym widokiem, a on spokojnie wyjaśnia, że żołnierze w wolnym czasie nie mogą zostawiać broni pod łóżkiem, dlatego często noszą ją ze sobą.

Przy okazji uświadamia mnie, że Izrael nie jest wyłącznie państwem Żydów z pejsami. Częściowo zrozumiałem to w trakcie podróży przez różnorodne, egzotyczne dzielnice.

Religijność Izraela przypomina mi w pewnym sensie Polskę. Większość ludzi przyznaje się do panującej wiary, ale nie wszyscy są jej zagorzałymi wyznawcami. Stąd też dostrzegam w tym państwie podział na odłamy ortodoksyjne, czyli panów w kapeluszach i postępowe, jak rodzina Jakuba.

Główna różnica w porównaniu z naszą ojczyzną dotyczy manifestacji religii. Izrael nie jest duży, co sprawia, że gdy idziemy wspólnie ulicami Tel Awiwu, zauważamy wielu tradycyjnie ubranych żydów.

Wycieczka mija nam szybko i wieczorem wracamy do domu. Czuję się wyczerpany i jak najszybciej kieruję się do łóżka, które przygotowała dla mnie Sara. Kładę się. Ze zmęczenia zamykam oczy i odpływam.

Jakie myśli tworzą się w mojej głowie? Zdecydowanie odczuwam mnóstwo ekscytacji nowo poznanym krajem.

Czy wstanę następnego dnia i wrócę do podróży z plecakiem przez Izrael? Na pewno.

Czy będziesz mi dalej towarzyszyć?

Fot. Almos Bechtold

Sprawdźcie również: Nienaganna Japonia i jej nietuzinkowe odstępstwa

Sprawdźcie również: Przechadzka po Fezie vel przedsmak marokańskiej kultury

 

Zdjęcie tytułowe: Fot. pixabay.com

Paweł Gościniak

Paweł Gościniak

Jestem znany jako cesarz Chin lub zbieracz ryżu. Piszę opowieści o fascynujących podróżach i kulturach obcych - głównie Państwa Środka, Izraela oraz Szwajcarii. Powolutku pochłaniam kolejne książki sci-fi, w tym Lema. W wolnym czasie oglądam filmy i brzdąkam na gitarze, a w aktywnym czytam o psychologii i rozwoju osobistym oraz uczę się języków obcych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *