O tym, jak Arctic Monkeys wydali brawurowy krążek, ratując przy tym brytyjskich słuchaczy

Star Treatment z najnowszego albumu Alex Turner rozpoczyna od szczególnego cytatu: Ja tylko chciałem być jednym z The Strokes. Nie można mu się dziwić – wspomniany zespół wydał w 2001 roku przebojowe, znamienne Is This It, gdzie z przytupem Amerykańscy muzycy wracają do garażowego, pięknego i naprawdę prostego grania. Julian Casablancas śpiewa o Nowym Jorku, o piciu, kobietach, gliniarzach, a nawet nawiązuje do Nowego wspaniałego świata Huxleya. I to jest ekstra, ówczesna młodzież potrzebowała powrotu takiej, a nie innej formy. Stali się bezpośrednim skutkiem powstania Arctic Monkeys i wydania debiutowej płyty. I co wokaliście po tych słowach, skoro prawdopodobnie przebili swych kumpli po fachu?

Mamy początek XXI wieku, wielki okres świetności Oasis i Blur przeminął, lata ’90 zniknęły bezpowrotnie, a Brytyjczycy oczekują kolejnych gwiazd na tę samą miarę. Bracia Gallagher rozbili bank, ponieważ potrafili stworzyć niesamowicie przystępne i przyjemne piosenki, nie komercyjne, a po prostu radiowe. Ludzie potrafili się do nich bawić, śpiewać proste refreny, a choć zachowanie Liama i Noela wołało o pomstę do nieba, w rzeczywistości było uwielbiane przez fanów na całym świecie. New Musical Express dokonał niewątpliwej sakralizacji tej dwójki, dając ich na okładki swych magazynów praktycznie co tydzień. W pewnym momencie cała Anglia miała dość bandu z Manchesteru.  Nazywali siebie następcami The Beatles, aczkolwiek mijało się to z rzeczywistością. Nagrali sporo atrakcyjnych utworów, nic więcej.

Oasis
Gallagherowie w całej okazałości/Fanart.tv

Blur akurat robił swoje, grał porządny i uzależniający britpop, a kiedy Damon Albarn zrozumiał jaki los może ich czekać, jeśli dalej będą tworzyć na jedną modłę niczym ich konkurenci, związał się na zawsze z muzyką alternatywną, trochę taneczną, zyskując przy tym nowych wielbicieli, a tracąc sporą część dotychczasowych słuchaczy. Nie lubimy zmian, tym bardziej tych w brzmieniu ulubionych zespołów, więc i oni powoli odchodzili w zapomnienie. Patrząc jednak na ostatni sukces Gorillazodbiór najnowszych wydawnictw i wrzawę, jaką wywołali na tegorocznym Openerze, można spokojnie rzec, że dziedzictwo chłopaków z Londynu przetrwało. Ba, nawet żyje i ma się w istocie dobrze. Blur w znacznym stopniu wyprzedził swoje czasy o jakieś dwadzieścia lat, może dlatego tak często się teraz do niego wraca.

Jest takie radio w Anglii, bardzo popularne, znane ze swych różnych prowadzących (światowej sławy komik Ricky Gervais, świetny aktor Simon Pegg) i kultywowania wszystkiego, co muzycznie brytyjskie i najlepszeRadio X. Do dzisiaj grają tam same klasyki końcówki poprzedniego stulecia, chełpiąc się niesamowitym dorobkiem i panteonem twórców. W 1997 roku startowało pod nazwą XFM, szukając kolejnego zespołu z charyzmą The Smiths i radiowością Oasis. W ciągu następnych lat zapoznawali odbiorców z nowymi artystami. Zaczęli wybijać się chociażby Franz Ferdinand i Muse. Ci pierwsi skupili się za bardzo na modzie, własnym image’u i niebywałych kolorowych strojach, a Muse no cóż… dosłownie odleciał. Kosmiczny pop nie spodobał się mniej doświadczonym słuchaczom, przez co nie powtórzyli potężnego sukcesu poprzedników. W trakcie tych dziwacznych poszukiwań, na scenę skromnie wchodzili Arctic Monkeys, wybijając się sprytnie, poprzez brak arogancji, szczerość i przede wszystkim… Internet!

Arctic Monkeys
Jesteśmy Arctic Monkeys, a to jest I Bet You Look Good on the Dancefloor. Nie wierzcie w hype…/Digital Spy

Chłopcy z Sheffield nie mieli jasno określonych planów. Na pierwszych koncertach rozdawali nagrania demo, kolega założył im własną witrynę i MySpace. Zaczęli udostępniać swoją muzykę za darmo, ludzie zafascynowani nowo powstałymi portalami, masowo natrafiali na profil Arctic Monkeys i słuchali ich nabuzowanego wigorem stylu, silnie nawiązującego do punk rocka z najlepszych czasów. Teledyski kręcili na własną ręką, a sława rosła z dnia na dzień. Nieogarnięci i nieświadomi sukcesu, wciąż działali, występowali na scenie i pokazywali, że celują wysoko. Wszystkie utrwalone demówki rozdawali na każdej imprezie z ich udziałem, dzięki temu doceniano symboliczne podejście, a pierwsi fani mogli śpiewać na każdym evencie. Swoją rolę odegrał też przytaczany NME, który – działając jako swoisty wyznacznik dotychczasowych trendów – polecił czytelnikom zapoznać się z twórczością Turnera, Heldersa i reszty ekipy. Nastąpił moment przełomowy…

Zainteresowało się nimi Domino, niezależna wytwórnia lubująca muzyków grających indie, elektronikę. Pierwszy singiel (I Bet You…) uplasował się na szczycie brytyjskich list, pokonując gigantów pop, a w tym ubóstwianego przez Anglików (do dziś) Robbiego Williamsa! I tu ten fenomen warto poddać krótkiej analizie. Kolejny fakt ukazujący, iż w Wielkiej Brytanii chcieli czegoś nowego, a zarazem powracającego do czasów starszych. Wszyscy mieli już dosyć zapętlanych piosenek boysbandów, hity Take That i Backstreet Boys nie porywały jak dawniej, od twórcy Angels również chciano trochę odpocząć. Lubujący intensywniejsze dźwięki narzekali na Jamesa Blunta; Arktyczne Małpy wpisały się w dosyć zrozumiały klucz sukcesu, osiągając międzynarodową sławę.

Arctic Monkeys
Następnie wyglądali tak…/NME

Zwróćmy na początku uwagę na okładkę albumu, ma ona niemałe znaczenie w jego odbiorze. Przed wami Chris McClure, bliski przyjaciel zespołu, na zdjęciu wyglądający niczym typowy gość (tamtejszy dude, wyluzowana persona; pojęcie rozpowszechnione po wejściu na ekran filmu Big Lebowski z Jeffem Bridgesem w roli wyluzowanego faceta o pseudonimie The Dude). Fotografia zachęcała młodych – kto wcześniej zrobił coś równie infantylnego, a zarazem pomysłowego? Młodszy dorosły palący papierosa, zapewne zmarnowany alkoholem po imprezie, korzystający z życia i jego dobrodziejstw. Powiedzcie mi, który nastolatek tego nie kupił? Tym bardziej że wydźwięk płyty jest przecież niesłychanie podobny. Pamiętajcie, by nigdy nie dać się zwieść pozorom do końca. Z tyłu znajdziemy tego samego gościa, wszakże płaczącego. Ów melancholia będzie w tekstach czasami słyszalna.

Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not rozpoczyna się brawurowo i takie pozostaje do samego końca. Żywiołowość i możliwość nazwania praktycznie każdej piosenki petardą, jedynie podwajają uczucie młodzieńczości, całość zadziwia witalnością. W sumie to wciąż chłopcy więc może nie tyle zadziwia, ile po prostu zachwyca. Zachwyca, bo chce się tego słuchać. A chce się tego słuchać i słuchać, ponieważ każdy utwór zaczyna się z przytupem i nakazuje skakać, śpiewać, wygłupiać się. Sam wymowny tytuł wzięty z powieści Alana Sillitoe pod tytułem Z soboty na niedzielę, według lidera, miał podkreślać zależność pomiędzy książką a debiutanckim krążkiem Arctic Monkeys, odwołując się przy tym do wymowy całości. Teksty odnoszą się do spostrzeżeń wokalisty co do samego życia, ale także stylu bycia – swojego i bliskich mu rówieśników. I choć sam album od Is This It odbiega pod kątem muzycznym i układania się w zgrabną całość, zapewne w kwestiach lirycznych zwycięsko odstaje.

Arctic Monkeys
…by skończyć niczym imitacja zespołu z lat ’70./pitchfork

Zawsze lubiłem tę różnorodność metafor i odniesień (np. w I Bet You… wspomina o Rio, drugim albumie Duran Duran) w kompozycjach Arctic Monkeys. Rozpoczynający z przytupem The View from the Afternoon opowiada o wygórowanych oczekiwaniach najczęściej kończących się dużym zawodem; alegoria do szumu, jaki wywołała zapowiedź premiery debiutu zespołu. Gitarowe brzmienie nie opuści nas przez żadną piosenkę, w kolejnych tytułach są one nawet głośniejsze niż wcześniej. Na uwagę zasługują na pewno przesympatyczne Dancing Shoes o tanecznych dyskotekach, na których trwoga wygrywa z chęcią zagadania, najagresywniej i najlepiej brzmi natomiast Red Light Indicates Doors Are Secured mogące zostać hymnem numer jeden wszystkich balangowiczów – śpiewanie o wyskakiwaniu z taksówki w sześć osób; oczywiście każdy wstawiony. Nastolatkowie musieli kupić te klimaty i sukces został przypieczętowany.

Zakończenie w postaci From the Ritz to the Rubble (osobisty faworyt!) i A Certain Romance syci, zadowala i zobowiązuje do kolejnych odsłuchów. Oczywiście jeszcze mamy klarowne i luzackie When the Sun Goes Down, które można usłyszeć w radiu do dziś. Ta atmosfera nocnego miasta, pijaństwa i zabawy udzieliła się publiczności na całym świecie. Dzięki temu chłopcy pobili legendarny rekord sprzedaży płyty w pierwszym tygodniu (około 364 tysiące), a poprzedni należał właśnie do Oasis i kultowego Definitely Maybe. Porażająca różnica, patrząc na fakt, że już w 2006 roku kult CD zaczynał się powoli kończyć. Takt i intuicja wygrały z nadmierną pewnością siebie.

Arctic Monkeys
Tranquility Base Hotel & Casino jest hołdem dla Kubricka, Bowiego, science fiction i całej otoczki mistycyzmu/dominorecordco

Arctic Monkeys na przestrzeni dwunastu lat powoli ewoluowali, by dojść do granicy roku 2013 i wydać sukcesywne AM – przebili nim radiowość jakiegokolwiek brytyjskiego bandu, praktycznie wszystkie utwory mieliśmy okazję usłyszeć w każdej rozgłośni. W Polsce został ochrzczony przez grupy alternatywnych nastolatek i prawdopodobnie traktowany jako bożyszcze do dziś. Nazwany od inicjałów zespołu, posiadał każdy wciągający element brzmienia, jakim inspirowali i zachwycali na poprzednich albumach; Help! w londyńskim wydaniu.

Teraz mamy końcówkę 2018, a parę miesięcy temu – w maju – wrócili do nas z najnowszą niespodzianką, krążkiem Tranquility Base Hotel & Casino. Kompletnie zmienili kierunek, gatunkowy lounge pop charakteryzuje się tym, iż mógłby być puszczany w hotelowej windzie. Bądźmy szczerzy, cała płyta miała na tym polegać, jego ekscentryczna koncepcja odstraszyła większość dotychczasowych fanów. Ja pozostałem, cudaczne dźwięki i teksty kompletnie mnie pochłonęły, okrutnie intensywny pobyt miałem w księżycowym ośrodku Alexa Turnera, aż ze dwa miesiące! Jeśli jednak wolicie przedmieścia Sheffield, Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not oczekuje odpalenia. Arctic Monkeys at its finest.

Sprawdźcie również: Recenzja albumu Trouble Will Find Me (The National)

Sprawdźcie również: Recenzja najnowszej płyty The Dumplings: Raj

Open in Spotify

 

Zdjęcie tytułowe: Pełna fotografia z okładki Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not

 

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *