Sting & Shaggy 44/876 Tour – noc pełna wrażeń, humoru i sentymentu

Gdy Sting ogłosił współpracę z Shaggy’m nad nową płytą, światek muzyczny wyśmiał go, sceptycznie podchodząc do tego nietypowego mariażu. Minęło parę miesięcy od premiery albumu, a duet przyjeżdża na dwa koncerty do Polski, w celu promowania swojego projektu. Nie mając żadnych oczekiwać co do koncertu, pozwolili mi przeżyć jeszcze jeden dzień lata w tym roku. Niebezpodstawnie media piały z zachwytu – koncert wart zachodu.

Działo się naprawdę wiele, wyczuwalna atmosfera od początku pomogła artystom rozgrzać każdego z osobna. Połączenie banalnego reggae Shaggy’ego wraz z utworami The Police i z solowej twórczości Stinga okazało się strzałem w dziesiątkę. Łódź ożyła i dała się porwać prądom dobrej zabawy.

Dostaliśmy przecież naprawdę sporo: od najlepszych, ikonicznych utworów Policji (Message in a Bottle, Roxanne, kultowe Every Breath You Take), po hity mistrze reggae (np. Boombastic). Duet łączył poszczególne piosenki, czasami zmieniał aranżację, a nawet same teksty (w utworze So Lonely zamiast Welcome to this one man show śpiewali Welcome to this two men show – uwierzcie, że takie smaczki potrafią ucieszyć odwiecznych fanów!). Ta ostatnia zasługuje bowiem na uwagę, gdyż była pokazem wokalnym Stinga; udowodnił wątpiącym, że jego wokal jest w wyśmienitej formie. Zresztą zerknijcie sami!

Na pochwałę zasługiwać będzie jeszcze parę dodatków: przykładowo inscenizacja piosenki Crooked Tree, gdzie Sting wciela się w więźnia skazanego na wyrok i starającego się ukazać swą perspektywę, a Shaggy zaś bezdusznego sędziego, który jak najszybciej chce doprowadzić do końca rozprawy. Przebrani sprawiali wrażenie karykatur sądownictwa, co w jakimś stopniu starano się w utworze ukazać.

Najważniejszą rolę odgrywał humor i ta wyczuwalna chemia pomiędzy Brytyjczykiem i Jamajczykiem. Sting grał z lekka już podstarzałego muzyka, który stara się robić swoje, a Shaggy swą charyzmą ciągle z niego żartował i porywał widownię żartami lub chwaląc polskie kobiety. Interakcja z publiką na miarę tej wokalisty U2.

Na bis weszli jeszcze dwa razy, co miło zaskoczyło zapewne każdego z uczestników tej wspaniałej nocy. Wypili przysłowiowego bruderszafta chwaląc polską wódkę, zagrali ostatni utwór i pożegnali się z publiką. Nie spodziewałem się, iż czekać mnie będzie tak sympatyczny i pozytywny koncert; raz jeszcze mogłem poczuć się jak na Jamajce.

W pewnym momencie koncertu, podczas wykonywania coveru piosenki Boba Marleya, poniesiony emocjami Shaggy wygłosił krótki monolog o mocy muzyki reggae, podsumowując go jamajskim mottem: Out of many, one people. Zważywszy na energię wywołaną piosenkami z najnowszej płyty, można było w pełni podążać za tym hasłem; przez te dwie godziny, reggae miało moc zbawczą dla każdego indywiduum na stadionie.

Sprawdźcie również: O tym, jak Arctic Monkeys wydali brawurowy krążek, ratując przy tym brytyjskich słuchaczy

Sprawdźcie również: Recenzja najnowszej płyty The Dumplings: Raj

Open in Spotify

 

 

Zdjęcie tytułowe: 44/876 Tour/rmf.fm

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *