Każdy nowy seans to przygoda – Michał Oleszczyk o swojej pasji filmowej [ROZMOWA]

Niedawno mieliśmy okazję porozmawiać z Michałem Oleszczykiem; polskim krytykiem filmowym, który prócz pisania o kinie, znany jest z działalności na wielu płaszczyznach i współpracy z młodymi filmowcami. Opowiedział parę interesujących faktów o swojej pasji, jak również dotychczasowych doświadczeniach. Rozmowę przeprowadziliśmy w rytm cytatu Wernera Herzoga: Film nie jest sztuką uczonych, lecz analfabetów, by pokazać, że filmem interesować się może każdy.

Jan Tracz: Obstawiam, że jest Pan strasznie restrykcyjny dla procesu wyboru danego filmu; wspomniał Pan kiedyś, że w tym wieku nie można oglądać wszystkiego co popadnie i trzeba to dłużej przeanalizować. Poproszę zatem o ostatni film, który okazał się naprawdę dobry; może nie tyle dobry, mógł być mierny, ale nakazał o sobie cokolwiek napisać.

Michał Oleszczyk: Po pierwsze, rzeczywiście jestem restrykcyjny w tych wyborach: nie tylko dlatego, że mamy takie czasy, ale także dlatego, że przeżywam taki okres w swoim życiu, w którym bardzo dużo godzin poświęcam na pracę na uczelni i nie mam tak wiele czasu na oglądanie, jak kiedyś. Tym bardziej zatem, jeżeli już mam ten wolny wieczór i rzeczywiście mogę obejrzeć coś z własnej woli, pozostają mi dwa warianty: oglądam klasykę kina, albo wybieram coś nowego. Ostatnio z rzeczy nowych nadspodziewane wrażenie zrobił na mnie film 53 wojny Ewy Bukowskiej. Była to dla mnie radość, bo lubię, ilekroć objawiają się debiutujący twórcy, którzy pokazują swoją unikalną wrażliwość po raz pierwszy — a jeżeli są to polscy twórcy, to tym bardziej się cieszę.

Michał Oleszczyk Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Film Bukowskiej jest stosunkowo krótki, a ja spędziłem tych osiemdziesiąt kilka minut w przekonaniu, że o to właśnie chodzi w tej pasji: żeby odkryć coś niezwykle ekscytującego; coś ujętego w oryginalną formę. W tych momentach czuję, że warto oglądać filmy. Tak intensywne przeżycie wcześniej miałem na przykład (z tych nowszych) na filmie Good Time z Robertem Pattinsonem, gdzie każda kolejna scena była wielkim zaskoczeniem (tak formalnym, jak i fabularnym). Czułem po prostu, że warto robić takie filmy. Większość nowych produkcji, które oglądam, albo są mi obojętne, albo mnie irytują mieszaniną lenistwa i kalkulacji. Jest jasne, że często oglądając najnowsze tytuły, trafiamy na rzeczy średnie. Bardzo lubię to uczucie, kiedy trafiam na coś dobrego; wtedy czuję się tak, jakby ktoś znienacka zwrócił mi całą energię, którą straciłem wcześniej oglądając złe i przeciętne filmy.

Takie poczucie ekstazy?

Tak. To jest coś, z czego się cieszę — że mimo swoich lat przepracowanych w branży, nadal to mam; jeżeli nadarza się film wyjątkowy, błyskawicznie jestem ekstatyczny jak dziecko i naprawdę odczuwam radość z tego, że w ogóle powstał.

Skoro ta miłość do kina wciąż u Pana istnieje, to na jakie inne sposoby się ona przejawia; trzeba ją jeszcze jakoś pielęgnować.

Przejawia się w tym, że ilekroć mam czas, bardzo lubię oglądać filmy, które już znam – powracać do klasyków, które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie. Na przykład wczoraj pomiędzy północą a pierwszą nad ranem udało mi się obejrzeć połowę filmu Noc amerykańska Truffauta, który na wysokości sezony 1997/98 widziałem jakieś piętnaście razy. Wtedy byłem nim bardzo zafascynowany i od tamtego czasu w ogóle go nie oglądałem. Po latach poczułem go znowu — i muszę powiedzieć, że to było bardzo ciekawe przeżycie, wrócić do niego w innych lepszych warunkach (Blu-ray) i móc myślami wracać do momentów, które pamiętam jeszcze z czasów VHS. Te blizny zostawione w nasz przez filmy są bardzo głębokie i czasami są to nawet pojedyncze dźwięki. Ja na przykład przez całe lata nie oglądałem filmu animowanego Dawid i Sandy zapamiętanego z dzieciństwa — i oglądając tę animację po dwudziestu paru latach, zrozumiałem, że mam jego ścieżkę dźwiękową wyrytą w głowie z ogromną szczegółowością. Wszystkie te filmy oglądane dawniej, zwłaszcza kiedy jest się nastolatkiem, bardzo się silnie wżerają w człowieka.

Wręcz proces samoistny?

Na pewno trzeba mieć wpierw jakąś wrażliwość, bo po niektórych ludziach kino będzie spływać — są bowiem obdarzeni czułością na inne bodźce i rejestry. Ale we mnie właśnie kino bardzo mocno się wraziło.

Michał Oleszczyk Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Pańska miłość do kina ukazała się w dzieciństwie, wspominał Pan wiele razy o oglądaniu na paru kanałach poszczególnych filmów, dostał Pan również prezent od rodziców w postaci książki Sto najlepszych filmów, a później było zaczytywanie się w tekstach Jana Olszewskiego. Można nazwać te momenty kluczowymi?

Zdecydowanie; kluczowe było jednak samo dorastanie w tej Polsce początku lat 90., w czasach eksplozji rynku wideo. Wcześniej mieliśmy mały dostęp do filmów — wręcz mikroskopijny, jeśli zestawić go z dniem dzisiejszym. Wszystko wydawało się nam  wówczas bardziej nasycone; każdy film wydawał się wyjątkowy. Ten czas czytania, chłonięcia, tworzenia, pisania list tego, co się już obejrzało/chce się obejrzeć; typowo kolekcjonerska pasja, mam wrażenie częstsza u chłopców, którzy bywają bardziej obsesyjni i mniej zrelaksowani w poznawaniu sztuki. W moim przypadku było to doświadczenie dosyć samotne, ponieważ nie za bardzo miałem z kim o tym rozmawiać — dopiero w liceum taką rolę odegrał mój polonista, prof. Kazimierz Sporoń, postać niebywale inspirująca. Nie było jednak w moim mieście żadnego klubu filmowego, Internet jeszcze de facto nie istniał, ja musiałem przeżyć te lata formacyjne bez dobrego partnera do rozmowy.

Również nazwanie Jana Olszewskiego Pańskim mentorem będzie prawdziwe?

Na pewno, chociaż była to rola całkowicie nieświadoma; Pan Jan nie wiedział pisząc sobie w Warszawie, że jakiś Michał Oleszczyk w Tarnowskich Górach go czyta. Później napisałem do niego list; on odpisał i było to spore przeżycie. Wywarł na mnie ogromny wpływ, ale też dlatego, że musiałem się przeciwko niemu zbuntować. Odczułem w pewnym momencie, iż te teksty mi nie wystarczają, że wszystkie zmierzają w tę samą stronę w sensie ideowym. Poznałem go też wtedy osobiście, o czym napisałem swego na swoim blogu – odsyłam do tej notki – z latami zrozumiałem, że był on człowiekiem niepogodzonym ze światem, z dużą raną, i ta jego melancholia, może nawet depresja, wpływała na jego teksty. Ja rzecz jasna wtedy o tym nie wiedziałem, dwa czy trzy razy widzieliśmy się osobiście, ale jego wpływ na mnie był naprawdę duży. Myślę, że najcenniejsze, co mi pozostawił, to niezgoda na łatwe osądy; nie lubię czegoś takiego jak konsensus, nie lubię gdy wszyscy się ze sobą zgadzają i poklepują się po ramieniu — i nigdy nie argumentują, tylko płyną na pewnej fali hejtu lub bezrefleksyjnej przychylności. Ja bardzo lubię oceniać filmy na świeżo, każdy z osobna. I on też tak miał chyba: formułował świeże sądy i mam nadzieję, że ja też tak robię. Czasami nie jest to łatwe, a czasami też płaci się za to cenę.

W Polsce był to Pan Jan, a zagranicą Roger Ebert?

Nie tylko. Był on jednym z istotnych wpływów, ale na pierwszym miejscu wymieniłbym jednak Pauline Kael, o której pisałem również swój doktorat. Jej pisanie bardzo mnie uformowało. Ebert w mniejszym stopniu, ale też.

Ebert był pierwszym krytykiem, który otrzymał nagrodę Pulitzera, a Michał Oleszczyk otrzymał możliwość współpracy z nim. Jak to się stało?

Tak, to był długi łańcuszek znajomych, którzy polecali sobie moje teksty — składał się z sześciu czy siedmiu ludzi, a historia sama w sobie była dość filmowa. Któregoś dnia dostałem od niego maila z zaproszeniem do współpracy; to był naprawdę wielki dzień, przez rok jeszcze współpracowaliśmy. To było takie once in a lifetime; coś, co się już nie powtórzy, tak jak nie powtórzy się jego kariera. To moja wielka radość, że miałem okazję z nim porozmawiać, uścisnąć mu dłoń, jestem tu za to wdzięczny. Sam fakt, że Ebert miał taki pomysł, by zaprosić recenzentów z różnych stron świata do współtworzenia jego stronu, już o czymś świadczy.

Michał Oleszczyk
Fot. Borys Skrzyński

W ostatniej dekadzie krytyka filmowa doświadczyła ogromnych wstrząsów, to już nie jest ten sam świat, który współtworzył Pan Jan Olszewski czy nawet Roger Ebert. Media odrywały kiedyś rolę integrującą społeczeństwo, teraz mają rolę niszczącą i wzmacniającą podziały. Mam wrażenie, że ilość tych rzeczy, o które ludzie się mogą obecnie narcystycznie obrazić, jest tak duża, że publicystyka przypomina chodzenie po polu minowym. Z kolei publicystyka utrzymana w tonie nienaruszającym konsensusu jest dla mnie nieciekawa; jest jałowym mieleniem wiórów. Przeżywamy trudny czas dla rozmowy publicznej, bo tożsamościowa gorączka funkcjonuje jako fałszywe remedium na napięcia kulturowe i ekonomiczne — coraz częściej więc bycie urażonym po prostu się opłaca, można na tym budować kapitał społeczny. Jest to jednak kapitał skażony, a suma tych kapitałów składa się na kulturę, w której Hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi staje się coraz to bardziej literalnym opisem sytuacji, a nie filozoficzną metaforą napięć obecnych we wspólnotach ludzkich.

Sama rola krytyka zmieniła się z takiego swoistego guru, do osoby piszącej, ale też wystawiającej gwiazdki – najczęściej skala ocen jest od 1 do 10. Nie uważa Pan, że w jakimś stopniu jest to ułomność tej pracy? Ludzie mniej czytają, a scrollują dalej.

Tak, jest to problem duży wynikający z braku czasu na przeczytanie całości tekstu. Myślę, że dużo osób przede wszystkim wchodzi na Filmweb i patrzy na średnią ocenę bez czytania recenzji czy eseju towarzyszącego. Ta uśredniona ocena staje się busolą. Popularny sukces Bohemian Rhapsody jest moim zdaniem jakimś punktem granicznym — w pełni rozumiem, dlaczego ludzie chcą pochłaniać wyczyszczoną z elementów niewygodnych biografię Mercury’ego jako rodzaj muzycznego filmu młodzieżowego, ale ten film tak brutalnie infantyzuje zarówno Mercury’ego, jak i widza, że jest to wręcz ubliżające. Fakt, że masowemu widzowi to nie przeszkadza, a wielu krytyków klęka przed tym kasowym sukcesem trochę na zasadzie kto bogatemu zabroni, jest przygnębiający.

Prawda jest też taka, że w mainstreamowych mediach trudno jest znaleźć opinie unikalne i ciekawe. Na szczęście wciąż się zdarzają, ale ogólny poziom rozmowy jest bardzo niski — niedawna dyskusja wokół serialu Netflixa 1983 osiągnęła nowy pułap dna, jeśli chodzi o pozamerytyoryczne awantury sieciowe. Przed kolejnymi szitstormami można się chronić tylko w ramach osobistej, pojedynczej wypowiedzi ujętej w formę recenzji lub eseju, także w formie wideo. Sam wracam ostatnio do tej formy, bo ten miks resentymentu, ignorancji i plemiennych uprzedzeń, jakim w swym wydaniu kociokwikowym stake się coraz częściej Facebook, jest naprawdę destrukcyjny i sieje zniszczenie w naszej kulturze.

Nie myślał Pan o założeniu własnej witryny?

Tak, cały czas o tym myślę, na początku przyszłego roku w końcu to zrobię, chcę zrobić taką osobną rzecz na te wszystkie posty, tylko niestety brak czasu i dlatego to opóźnienie. Na razie zapraszam na Facebooka i na moją stronę, Ostatni fotel po prawej stronie.

Uważa Pan, że jest to coraz mniej znaczący zawód? Wszedł Internet, dostaliśmy masę samozwańczych krytyków, portali jest więcej i więcej …

U nas tak naprawdę mało jest dobrze redagowanych tytułów. Można policzyć je na palcach jednej ręki. Liczne publikacje nie płacą swoim autorom lub płacą jakieś mikroskopijne pieniądze. Ktoś musi kochać pisać, żeby to robić i mieć czas po godzinach; krytycy mają inne zawody, każdy goni w piętkę. Utrzymać się z tego trudno, ja znam jedynie około pięciu osób, dla których to jest wyłączny dochód.

Krytyk filmowy
Michał Oleszczyk/ Marcin Gregorczyk, Luxurity.org

Mieliśmy Kałużyńskiego, mieliśmy Olszewskiego. Teraz mamy Raczka, Kota, Oleszczyka, Maciejewskiego. Nawet Panowie z Filmwebu są bardziej rozpoznawalni. Kto dołączy do nich teraz?

Jest dużo dobrze piszących krytyków: Sebastian Smoliński jest świetny, Michał Walkiewicz jest wybitny, Adriana Prodeus ma genialne pióro… Czytałem ostatnio sporo tekstów Ludwiki Mastalerz. Lista jest naprawdę długa. Natomiast jest to dosyć zatomizowane środowisko, każdy jest trochę w swoim świecie; nie ma wyraźnej wspólnoty, a zabiegani ludzie widują się tylko na pokazach prasowych. Żyjemy w czasach pośpiechu i dużego niepokoju: czy będzie wojna Chin ze Stanami, czy zabije nas smog, czy uda się wyżyć czy nie, czy redakcje będą upadały, czy będą tworzone nowe… Litania lęków jest pokaźna.

Może błahe pytanie – jak to być takim krytykiem klarownym i określonym? Ludzie nie lubią, jak krytycy piszą o wszystkim i niczym, lub nie umieją do końca zachęcać.

Bycie krytykiem to zadanie na całe życie, tak naprawdę dobrym krytykiem jest się wtedy, kiedy ciągle jest się niezadowolonym z siebie; gdy ma się wrażenie, że ciągle za mało wiem, za mało czytałem, za mało widziałem, muszę podciągnąć to lub tamto. Jeżeli przez całe życie szukasz w sobie takiego głosu, który będzie autentyczny i co do którego ty sam będziesz miał wrażenie, że mówi coś istotnego o tych filmach, to wtedy ma to sens.

Najgorszy krytyk to taki, który byłby zadowolony z siebie; taki który ma wrażenie, że wszystko wie, że wszystko obejrzał, etc. Dla mnie to zawsze jest przygoda. Nigdy nie jestem pewien, jaki będzie dany film i co o nim powiem. Zawsze się trochę boję, kiedy siadam do pisania recenzji — za każdym razem boję się, że nie umiem już tego robić. Swoista niepewność, proces udoskonalania się. Nie wyobrażam sobie, że moim modus operandi miałoby być: „Ach, już wszystko widziałem, pokażcie mi kolejny film, a ja zjadę go w kolejnej recenzji”.

Oprócz bycia krytykiem, był Pan – od ’13 do do ’17 roku – Dyrektorem Artystycznym w festiwalu w Gdyni. Jak Pan wspomina to doświadczenie?

Było bardzo intensywne przede wszystkim. Z dużą wdzięcznością myślę o tych latach, z dużą sympatią dla zespołu, z którym pracowałem, był on i pozostaje znakomity. Sama rola dyrektora artystycznego była bardzo trudna, bo każda decyzja, w zasadzie każdy film przyjęty i odrzucony to ogromna odpowiedzialność; przez te trzy lata zrozumiałem też bardziej psychologię filmowca. To, że film jest dla filmowca jak dziecko i że odrzucenie produkcji z konkursu jest niesłychanie bolesną sprawą, poczuciem porażki. Uszanowałem psychologię filmowca i sam nauczyłem się pokory. Myślę, że festiwal za mojej kadencji bardziej otworzył się na świat i na młodych filmowców, zapraszałem zagranicznych jurorów, żeby te filmy polskie były oceniane nie tylko przez Polaków. Była to trudna i odpowiedzialna praca.

Satysfakcja też występowała?

Tak, bardzo.

Michał Oleszczyk Culture Cafe
Fot. Grzegorz Bukała

A teraz w Gdyni zasiadł Pan jako indywidualny krytyk?

Jestem nadal członkiem Rady Programowej, która rokrocznie spotyka się, by dyskutować kształt każdej kolejnej edycji.

A Top 3 Gdynia 2018 Michała Oleszczyka to?

Fuga, 53 wojny i Wilkołak. Lubię też Zimną Wojnę; jest pięknie zrealizowana i ma jedno z najlepszych otwarć w kinie światowym. Mam jednak problem ze scenami paryskimi, mam wrażenie, że film traci w nich punkt ciężkości i nie do końca wiadomo, co się dzieje pomiędzy tymi bohaterami. Mimo to dużo mi się tam podoba: Szyc jest genialny w drugim planie, a Kulig jest po prostu świetna. Myślę, że film będzie miał cztery nominacje do Oscara: za film zagraniczny, reżyserię, zdjęcia i właśnie za rolę Kulig. Statuetka powędruje do Pawlikowskiego w pierwszej z tych kategorii.

Druga cześć wywiadu jeszcze przed świętami!

 

Sprawdźcie również: Recenzja filmu Co robimy w ukryciu

Sprawdźcie również: Relacja z premiery filmu Planeta Singli 2

 

Zdjęcie tytułowe: Fot. Dagmara Biernacka/justlikeny.com

 

 

Jan Tracz

Niesforny pasjonat kultury to po pierwsze. Aktualnie pisze o filmie na portalu Film.org. Publikował na Movies Roomie i Filmawce, a niektóre prace na Filmwebie; bawi się w dziennikarstwo i współpracuje z ludźmi z branży. Uwielbia muzykę, co jakiś czas sięga po kolejne wydawnictwa — od alternatywy, po zwykłego rocka i pop. Zamiłowany w historii i literaturze, nie zdzierży dnia bez książki. Co oprócz tego? Powoli poznaje świat psychologii, jak również jest wielkim fanem tenisa ziemnego. Chodzi w lenonkach, nawet kiedy nastaje noc.

One thought on “Każdy nowy seans to przygoda – Michał Oleszczyk o swojej pasji filmowej [ROZMOWA]

  • 2 grudnia 2018 at 15:44
    Permalink

    Zamiłowany w…?Niefortunny neologizm-może rozmiłowany w…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *