„Alternatywa” nie istnieje – Bovska o zabawie słowem i dźwiękiem [ROZMOWA]

Ze mną nie znudzi ci się życia smak… śpiewa Bovska w piosence Kimchi, która znalazła się na jej najnowszej płycie Kęsy, wydanej w październiku zeszłego roku. Faktycznie, wokalistka jawi się jako jedna z najciekawszych postaci na polskiej scenie muzycznej i nie pozwala fanom się nudzić. Specjalnie dla Was opowiedziała o łączeniu brzmień, mainstreamie i alternatywie oraz zabawie językiem  w świecie pełnym kolorowych piór.

Natalia Nieróbca: Ostatnio coraz częściej mówi się o pewnej przemianie na polskiej scenie muzycznej. Powoli odchodzi to, co do niedawna było uważane za mainstream, a szeroko pojęta alternatywa staje się częścią głównego nurtu. Niektórzy uważają, że jesteś częścią tej szeroko rozumianej nowej fali. Co o tym sądzisz?

Bovska: Myślę, że zawsze przyjemnie jest być częścią nowej fali, to brzmi dobrze (śmiech). Można to oczywiście rozpatrywać w podobnych kategoriach, ale wydaje mi się, że wszystkie te nazwy są raczej wymyślone na potrzeby rynku. Żeby sprzedać muzykę, trzeba ją najpierw skategoryzować, a następnie umieścić na odpowiedniej półce, albo we właściwej zakładce na Spotify. Alternatywa to fikcja, nie ma czegoś takiego. A takie kategorie, etykiety są stworzone po to, żeby łatwiej było rozmawiać o muzyce.

Utwory, które znalazły się na płycie Kęsy raczej trudno przyporządkować do konkretnego gatunku muzycznego. Czy próbowałaś kiedyś w ogóle patrzeć na to w ten sposób? A może uważasz, że gatunki muzyczne są już pojęciem nieaktualnym?

Na pewno jest w nich coś aktualnego; trudno przecież porównywać hard rock z poezją śpiewaną. Trzeba więc tę muzykę inaczej nazwać. Czasami słyszę, że moja muzyka jest jakąś nową kategorią, choć może to trochę zuchwałe tak mówić. Mam jednak poczucie, że pracujemy z Jasiem Smoczyńskim – producentem płyty i współkompozytorem–, nad swoim własnym językiem muzycznym i po prostu staramy się być w tym konsekwentni. Na pewno cechą tego języka jest pewien eklektyzm szerokiej gamy różnych dźwięków, które nam się podobają. Myślę jednak, że można by tak najogólniej określić moją muzykę jako pop, a to czy ktoś nazwie ją popem alternatywnym, czy elektro-popem, bądź, jak jeden z moich fanów, art-popem, – co chyba najbardziej pasuje do całości tego materiału – to już właściwie kwestia natury czysto językowej.

Selfie
Bovska i Natalia Nieróbca

Tworzysz zatem muzykę popularną, mimo że masz wykształcenie z zakresu muzyki klasycznej. Uważasz, że wpływa to w pewnym stopniu na twoją twórczość?

To, że jestem z wykształcenia muzykiem klasycznym na pewno ma jakiś wpływ na mój sposób myślenia o muzyce i na to,  jak ją słyszę. Mam pewne charakterystyczne, ukształtowane na przestrzeni lat mechanizmy. Nie sądzę natomiast, by było to jakąś przeszkodą. Moim zdaniem najważniejsze w muzyce jest brzmienie. Ja tego brzmienia szukam także w muzyce klasycznej, która koncentruje się na wirtuozerii. Pop bardziej skupia się na brzmieniu i na jakości wykonania, ale inaczej myśli się o rytmie i bardziej swobodnie podchodzi do formy. Myślę, że te gatunki się ze sobą przenikają i spełniają trochę inne funkcje przy odbiorze, inne funkcje społeczne.

Wspomniałaś wcześniej, że utwory piszesz wspólnie z Janem Smoczyńskim. Jak w praktyce wygląda wasza współpraca i sam proces powstawania piosenki?

Ten proces jest najfajniejszą częścią pracy nad płytą. Zwykle przychodzę do niego z tekstem, melodią albo ogólnym zamysłem rytmiczno-melodyczno-tekstowym i to jest zaczyn piosenki. Następnie siadamy wspólnie i Jasio stwierdza: Hmm, fajne albo Hmm, a może jednak ta melodia jest słaba, ale co innego jest fajne. Szukamy pewnego punktu zaczepienia. Czasem zdarza się, że przychodzę z niemal gotową piosenką; próbujemy ją wówczas ładnie zbudować na nowo ciekawymi brzmieniami, gdyż sama robię to bardzo szkicowo. Dopiero wspólnie szukamy brzmienia, jakichś intrygujących kontrapunktów. Rozwijamy też piosenkę o drugą zwrotkę albo bridge. Ta praca nad piosenką często rozkłada się więc na dwa spotkania. Zdarza się nam oczywiście zrobić piosenkę w trakcie jednego, ale myślę, że lepiej jest dać jej trochę czasu, żeby dojrzała.

Przez te piosenki, pragniesz opowiadać historie, czy raczej skupiasz się na tym, by tworzyć pełnokrwiste, trójwymiarowe sceny w wyobraźni odbiorców? A może chodzi o samo przekazanie emocji?

Myślę, że coś jest w tych trójwymiarowych scenach. Rzeczywiście, czasem staram się piosenki „narysować” tak, żeby można było łatwo wyobrazić sobie to, czym śpiewam. W nowej płycie więcej jest także w moich tekstach opowieści. Bardzo świadomie buduję te historie i zestawiam z refrenami, które są pewnego rodzaju syntezą tego, co jest najważniejsze w piosence. Generalnie, cała piosenka to pewnego rodzaju synteza; mogłabym powiedzieć, że wszystkie utwory są moimi małymi syntezami rzeczywistości, które zawierają w sobie emocje moje, albo te, które gdzieś zaobserwuję.

A jeśli chodzi o konstrukcję całej płyty: widzisz ją raczej jako muzyczny kolaż, czy wolisz, gdy wszystkie piosenki tworzą spójną całość?

To zależy, chociaż zależy mi na zachowaniu pewnej całości pod względem materiału muzycznego na jednej płycie. Trochę inaczej było w przypadku Kaktusa. Wiadomo, pierwsza płyta jest czymś zupełnie innym, bo … jest pierwsza. Ogólnie można jednak powiedzieć, że moja druga i trzecia płyta – Pysk i Kęsy – są konceptualne w sensie całości. Myślę, że widać to i słychać w całościowym zamyśle, zarówno w akcentach muzycznych, jak i warstwie lirycznej oraz graficznej. Nie jest to jednak tak, że w momencie, gdy siadam do pisania pierwszej piosenki, to wiem, jaki ten koncept będzie. On cały czas ewoluuje. Na początku tylko wyznaczam pewne punkty, a następnie staram się je połączyć. Jakimś zaskakującym trafem układa się to później w pewną całość. Zawsze mi się wydaje, że tym razem to nie nastąpi. A jednak następuje.

 

Jeśli chodzi o twoje poprzednie płyty: czy w tym momencie możesz powiedzieć, że jesteś z nich zadowolona?

Jestem. To w pewnym sensie moje dzieci. Co z tego, że może coś się zestarzało (chociaż chyba jeszcze się nie zestarzało). Mam do nich stosunek uczuciowy, więc nie mogę o nich źle mówić

Uważasz jednak, że w twojej muzyce zaszła pewna ewolucja? Jeśli tak, to jak byś ją opisała?

Myślę, że Kęsy są swego rodzaju syntezą tego, co znalazło się na pierwszej i drugiej płycie. Pierwsza była łagodniejsza w brzmieniu, druga raczej ostra, syntezatorowa. Trzecia trochę upraszcza formy, inspiruje się głównie elektronicznym brzmieniem, ale sięga też po dźwięki akustyczne. Jeżeli zaś chodzi o warstwę liryczną, w Kęsach opowiadam zdecydowanie więcej historii.

Nadal pozostała jednak charakterystyczna zabawa językiem!

Tak, jasne!

Kiedy robiłam mały research wśród znajomych, dotyczący tego, czy i skąd Cię kojarzą, wielu z nich wspominało o piosence Kaktus. Myślisz, że była ona przełomem w Twojej karierze? A może wskazałabyś jakiś inny moment?

Rzeczywiście, była ona przełomowa. Coś w tej piosence przyciągnęło producentów telewizyjnych i dzięki temu znalazła się ona w czołówce serialu Druga szansa. Pozwoliło jej to szybciej trafić do ucha odbiorców. Sukces ten sprawił, że zostałam w jakiś sposób zauważona i był dla mnie motorem do dalszej pracy. To dzięki Kaktusowi mogłam tak szybko zacząć grać koncerty i pomyśleć o tym, że uda mi się wydać kolejną płytę.

W Planecie Singli znalazło się z kolei The man with an unknown soul, nie mylę się? To chyba jedyna piosenka w języku angielskim spośród utworów, które znalazły się dotychczas na twoich płytach.

Tak, napisałam ją bardzo dawno temu. Została zaaranżowana przez Łukasza Targosza i – podobnie jak Kaktus – stanowiła pewien punkt przełomowy w mojej pracy, w związku z czym postanowiłam umieścić ją na płycie. Poza tym, chciałam, żeby ludzie, którzy zetknęli się z nią, oglądając film, mogli po nią sięgnąć.
Piosenek po angielsku napisałam tak naprawdę bardzo dużo, ale nigdy nie zostały one nagrane i utknęły w czeluściach mojej szuflady. Raczej już do nich nie wrócę.

Czyli jednak konsekwentnie wybierasz język polski… To ciekawe, bo wielu artystów – chcąc rozszerzyć potencjalne grono słuchaczy – decyduje się obecnie na angielskie teksty.

Robię to chyba przede wszystkim z miłości do języka. Język polski jest giętki, plastyczny, pozwala wyrazić bardzo wiele. Jako osoba posługująca się nim biegle (śmiech), czuję się kompetentna, by wykorzystywać go w sposób bardzo swobodny, może nawet frywolny, balansując na cienkiej krawędzi. Super, że niektórzy mają ochotę śpiewać po angielsku i robią to świetnie, bo na takie piosenki też jest miejsce! Natomiast jeśli chodzi o robienie kariery za granicą, wydaje mi się, że jest to obecnie prawie niemożliwe. Chyba że mówimy o pewnych niszach jak na przykład muzyka metalowa, czy szeroko rozumiane etno lub jazz. Ta pochodząca z polski jest obecnie bardzo znana, zespoły grają koncerty na całym świecie. Jest kilka takich towarów eksportowych. W kategorii pop jest to natomiast bardzo trudne.

 

Na polskiej scenie muzycznej ma miejsce także inne ciekawe zjawisko. Coraz większa liczba artystów odwołuje się bowiem w swojej twórczości do sytuacji politycznej w kraju, do spraw bieżących. Ty również, w piosence Luksus, nawiązałaś do spalenia tęczy na Placu Zbawiciela. Czy uważasz, że muzyka powinna te kwestie poruszać, czy raczej się od nich odcinać?

Każdy, jako twórca, ma prawo decydować o tym sam. Osobiście, wolę wypowiadać się na temat kwestii społecznych, niż stricte politycznych. Bardziej osobiście mnie to dotyka. Uważam rzecz jasna, że naszym obowiązkiem jest interesować się- chociaż w minimalnym zakresie-polityką, tym co dzieje się w naszym kraju, żeby móc podejmować świadome decyzje. To jest naprawdę superważne. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że czasem naprawdę mamy wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Jednak to właśnie kwestie społeczne wiążą się często z zagadnieniami światopoglądowymi, które w jakimś stopniu budują to, kim jesteśmy. Czasami aż ciężko jest się do tych zagadnień nie ustosunkować. Nie uważam tego jednak za główny nurt moich zainteresowań. Zdecydowanie bardziej interesuje mnie życie wewnętrzne.

Doskonale oddaje to okładka Twojej najnowszej płyty. Znajduje się na niej nawiązania do obrazu Kochankowie Rene Magritte’a, który udostępniłaś na Instagramie. Domyślam się zatem, że bierzesz aktywny udział w powstawaniu oprawy wizualnej płyty, szczególnie że masz też wykształcenie plastyczne, skończyłaś warszawską ASP.

Tak, jestem projektantką tych okładek, ale przede wszystkim art-directorem; czuwam nad artystyczną wizją całości. Opakowanie jest tylko wypadkową tej koncepcji, którą jest cała oprawa wizualna płyty. Musi ona funkcjonować na wielu płaszczyznach: zarówno w wersji drukowanej, jak i cyfrowej; a może przede wszystkim cyfrowej. Przykładam zatem ogromną wagę do tego, by te wydania były wyjątkowe.

Są! Nigdy nie wpadłabym na to, żeby w opakowaniu płyty umieścić kolorowe piórka.

Tak, piórka w Kaktusie (śmiech). To pomysł, który pochodzi od mojej przyjaciółki Natalii Kopiszki. W płycie Pysk znalazł się pop-up – trójwymiarowa forma papierowa. Umieszczenie jej w płycie było dużym wyzwaniem technicznym, a zarazem jednym z moich marzeń. Kęsy są natomiast trochę bardziej minimalistyczne, a zarazem mocne w wyrazie. W prostocie jest siła.

Bierzesz aktywny udział w produkcji oprawy wizualnej płyt, tworzysz murale… Czy w najbliższej przyszłości zamierzasz przełożyć te zainteresowania plastyczne na jakiś osobny, pozamuzyczny projekt?

Myślę, że w przyszłości przełożę te uzdolnienia i zainteresowania na coś, co będzie od Bovskiej, a jednocześnie będzie czymś innym, niż muzyka. Czuję, że kiedyś to nastąpi, jednak nie jestem jeszcze na tym etapie. Nie potrafię jednak dokładnie sprecyzować, jaką miałoby to przybrać formę, bo pomysłów jest kilka. Obecnie przenosi się to w małym, minimalnym stopniu na drobne rzeczy, które nie mają na celu stworzenia konkretnego brandu. Zdarza mi się projektować okładki książek oraz być dyrektorem artystycznym publikacji. Tam najważniejszy jest jednak autor i jego książka, a projektowanie stanowi kompromis między funkcją, którą ma pełnić książka, a wizją artystyczną projektanta. Bovska projektuje dla Bovskiej. Grabovska projektuje czasem właśnie dla innych ludzi, ale bardzo wybiórczo podchodzę do współprac, bo nie mam na nie teraz czasu. Mój czas zajmuje muzyka.

bovska
Bovska/cojestgrane24.wyborcza

Przez wiele lat godziłaś zainteresowania muzyczne i plastyczne, co musiało pochłaniać wiele czasu. Nie miałaś momentu, w którym chciałaś zrezygnować z jednego z tych zajęć?

Miałam, nie raz.  Długo zastanawiałam się, z czego miałabym zrezygnować. Ciężko jest łączyć dwie pasje, szczególnie takie, które wymagają dużego nakładu pracy. W przypadku tych dziedzin sztuki to praca bardzo praktyczna. Miałam więc momenty zwątpienia. Jednocześnie, towarzyszyło mi poczucie, że jestem na właściwym miejscu. Nie chciałam wybierać, tylko robić dwie rzeczy jednocześnie, co nie spotkało się z powszechnym zrozumieniem. Szukałam wówczas przykładów w historii sztuki i muzyki na to, że godzenie tych dziedzin jest możliwe!

Pomówmy zatem przez chwilę o pewnym aspekcie działalności Bovskiej. W piosence Komfort odcinasz się od świata instagramowego. Jednocześnie, jest on ważnym obszarem, na którym pracujesz. Postrzegasz Instagrama raczej jako wygodną formę promocji, czy część wyrazu artystycznego?

Nie powiedziałabym, że się odcinam. Myślę, że to super narzędzie, niezwykle inspirujące. Dzięki niemu możemy zobaczyć pracę i twórczość ludzi z drugiego końca świata albo z perspektywy osoby siedzącej w pierwszym rzędzie, obejrzeć pokaz Chanel na żywo. Jednocześnie, łatwo jest popaść w pułapkę wyidealizowanego piękna, świata ludzi bez problemów i zmartwień. Instagram może mieć zatem szkodliwy wpływ na ludzi, którzy nie potrafią się do tego zdystansować lub przeżywają akurat gorszy moment. Warto brać na to poprawkę. Dla mnie jako dla muzyka to świetne miejsce by komunikować się z odbiorcą.

W środowisku muzycznym funkcjonujesz od niedawna, od zaledwie trzech lat. Wcześniej obracałaś się raczej w kręgach plastyków. Czy grupy te różnią się, czy są raczej podobne?

Mam poczucie, że funkcjonuję w tych światach od dawna. Natomiast to, z czym teraz się spotykam – szumnie nazywane showbiznesem – to świat, z którym siłą rzeczy flirtuję. Skupiam się przede wszystkim na muzyce, nie zaś na bywaniu tu i tam (śmiech).
Natomiast jeśli chodzi o środowisko muzyków i plastyków, istnieje duży zbiór cech, które łączą te dwa światy. Jest też wiele różnic. Ja bardzo długo funkcjonowałam w świecie muzyki klasycznej, który skrajnie się różnił od środowiska ASP. Tam panował większy luz. Bliżej mi chyba było do tego świata plastycznego. Niemniej jednak praca grafika to zajęcie bardzo statyczne, co na dłuższą metę mi przeszkadza.  Ja cały czas muszę być w ruchu, dopiero wtedy jestem zadowolona z życia. W tym punkcie zawodowym, w którym jestem obecnie, te różnice coraz bardziej się zacierają.

Funkcjonowanie w tzw. showbiznesie pozwoliło ci jednak zetknąć się z wieloma interesującymi osobami. Mogłabyś opowiedzieć o tych spotkaniach?

Rzeczywiście, miałam okazję poznać wiele osób, które podziwiam. Do takich wokalistek należą m.in., Kasia Nosowska, czy też Kayah. Są one w pewnym sensie symbolami polskiej popkultury. Jestem wielką fanką Kasi Nosowskiej, więc gdy ją poznałam, byłam onieśmielona, przez co ciężko było mi swobodnie rozmawiać. Mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję to nadrobić.  Cieszy mnie, to, że wybitni polscy twórcy, których miałam okazję poznać to tak wspaniałe, ciepłe osoby. Myślę, że spotkania z nimi to jedna z największych wartości wypadkowych, jaką daje mi praca.

 

Czyli spotkałaś się raczej z przyjaznym odbiorem w tym środowisku? Weszłaś w nie szturmem, nie wywołało to negatywnych komentarzy?

Negatywne komentarze może gdzieś są, może jest trochę fałszywych uśmiechów, ale nie wydaje mi się, żeby należało się tym przejmować. Dużo ważniejsze są dla mnie muzyczne przyjaźnie, które udało mi się nawiązać. Na przykład L.U.C. zaprosił mnie niedawno do swojego projektu Rebel Babel, a następnie do trzech piosenek, które znalazły się na jego najnowszej płycie. Są to relacje, które powstają dzięki muzyce, a następnie przeradzają się w coś głębszego, w przyjaźń.

Doskonałą okazją do nawiązania kontaktów z innymi artystami są festiwale muzyczne. Ty zaś od razu po wydaniu płyty Kaktus, zostałaś zaproszona na Orange Warsaw Festiwal – grałaś na jednej scenie z Laną Del Rey! Jak odnosisz się do występów na podobnych wydarzeniach?

Bardzo lubię się na nich pojawiać. To koncerty zorganizowane na najwyższym poziomie pod względem wizualnym i technicznym, a dla muzyka warunki, w jakich może zagrać, są bardzo ważne. Odbywają się zawsze na dużych scenach, na których gra się z przyjemnością; szczególnie że Polska nie dysponuje wieloma takimi scenami. Festiwale stwarzają też szansę na spotkanie z publicznością, która faktycznie jest zainteresowania muzyką. W pewnym sensie rozwijają również kulturę słuchania muzyki, zarażają pasją do niej.

Czy kontakt z publicznością podczas takich wydarzeń jest inny niż w trakcie bardziej kameralnych występów klubowych?

Zdecydowanie, choć publiczność, która tam przychodzi, jest zainteresowana muzyką, bardzo wdzięczna. Bierze żywy udział w koncertach. Podobnie jest podczas występów klubowych. Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku darmowych koncertów, gdzie często znajduje się wielu przypadkowych słuchaczy. One z kolei dają jednak szansę na to, że zobaczywszy twój występ na żywo, zacznie cię słuchać ktoś nowy.

Mogłabyś zdradzić, czy w roku 2019 planujesz pojawić się na którymś z letnich festiwali? Są już co do tego jakieś plany, ustalenia?

Losy festiwalowych lineupów – zwłaszcza jeśli chodzi o polskich artystów – ważą się raczej w późniejszych terminach. Mam nadzieję, że na którymś z tych wielkich festiwali, uda mi się zagrać koncert z płytą Kęsy. Czuję, że jest na nich miejsce dla tej muzyki, bardzo w nią wierzę. W lecie gramy najwięcej koncertów, więc mam nadzieję, że się tam spotkamy 🙂

Bovska
Bovska/oszerokopojętejkulturze.pl

Może na koniec jeszcze kilka krótkich pytań, związanych bardziej z Tobą, Twoimi upodobaniami, niż z Bovską, jako artystką. Zaczynamy?

Okej!

Nosowska czy Brodka?

Obie wspaniałe.

Kaktusy czy paprotki?

Kaktusy

Paski, czy kratka?

Paski

Przeglądając Twoje Instastory zauważyłam, że niedawno odwiedziłaś Włochy. W takim razie: Rzym, czy Berlin?

Trudne pytanie… Biorę oba.

Tarantino, czy Woody Allen?

Woody Allen.

Beyonce, czy Madonna?

Beyonce, w czerwcu byłam nawet na koncercie.

Okej, mam nadzieję, że wszystko się nagrało… Dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów!

Również dziękuję!


Sprawdźcie również: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! – Małomiasteczkowy pozamieniał mi noce w dnie
Sprawdźcie również: Recenzja najnowszej płyty The Dumplings: Raj – raj porywający, raj taneczny, raj pod słuchacza bezpieczny

Open in Spotify

Zdjęcie tytułowe: Bovska/Dziennik Polski

Natalia Nieróbca

Natalia Nieróbca

Współtwórczyni Culture Café. Jej największą pasją są podróże. Od czasu do czasu organizuje spontaniczne wypady do różnych ciekawych miejsc w Europie. Wielbicielka żeńskich końcówek wyrazów, sztuki nowoczesnej oraz filmów Sally Potter. Interesuje się także historią i polską poezją śpiewaną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *