Muzyka, która nas inspirowała – co towarzyszyło redakcji Culture Café w 2018 roku?

Muzycznie się różnimy, jednak każdy z nas ma świadomość, że dźwięki i kompozycje wpływają na nas w równie znaczącym stopniu. Jednego pasjonują winyle, drugiego poszczególny gatunek, a trzecią kilka wyjątkowych zespołów. Prezentujemy listę wykonawców, płyt, piosenek, które zostawiły na nas piętno w 2018 roku.

Natalia Nieróbca
Artystka
Marina and the Diamonds/Entertainment.ie

Marina and the Diamonds – Electra Heart        

Kim jest Electra Heart? Małomiasteczkową królową piękności, primadonną, panią domu, łamaczką serc – uosobieniem, a zarazem przeciwieństwem stereotypowych ról przypisywanych kobietom przez amerykańską popkulturę. Postacią-manifestem, z ogromną pieczołowitością wykreowaną na potrzeby wydanego w 2012 r. concept-albumu. Jego konstrukcja przywodzi na myśl późniejsze projekty takich artystek jak Florence and The Machine (How Big, How Blue, How Beautiful) czy – do pewnego stopnia – Beyoncé (Lemonade). Poszczególne piosenki (choć są one, co nietrudno zauważyć, dość nierówne), a także towarzyszące im teledyski, łączą się, tworząc rozbudowaną, wielowymiarową historię Electry. Pozorny kicz jedynie wydobywa zaś wyjątkową mądrość i wrażliwość, z jaką artystka podejmuje temat.

Cher – Dancing Queen

Na przestrzeni dekad ABBA stała się zespołem-symbolem. Symbolem szwedzkiej piosenki, charakterystycznego stylu lat 70., a także – szczególnie w ostatnich latach  –  queerowej kontrkultury. Postacią powszechnie utożsamianą ze społecznością LGBTQ+ jest również autorka takich hitów jak Believe, If I Could Turn Back Time, czy Gypsies, Tramps and Thieves. I jeśli istnieje crossover bardziej ambitny, niż Avengers: Wojna bez granic, to jest to zbiór coverów najsłynniejszych piosenek ABBY, które znalazły się  na najnowszym krążku Cher. Artystka, zachowując  ducha oryginałów, zdołała nadać utworom bardzo świeży, nowoczesny charakter. Jest zatem trochę elektronicznych, syntezatorowych brzmień, dużo zabawy i odrobina cukierkowej tandety – mieszanka dość nieoczywista, acz w tym przypadku wyjątkowo udana.

Mery Spolsky – Miło Było Pana Poznać

Miło Było Pana Poznać to płyta bardzo spójna i konceptualna podobnie jak cały wizerunek piosenkarki. Możemy odnieść przez to wrażenie, że poszczególne utwory zlewają się ze sobą, które znika jednak w momencie, gdy zagłębimy się w warstwę liryczną. Rytmiczne teksty, ciekawe gry słowne (ukochany Salvador Spolsky!) i najbardziej poetyckie przekleństwa na polskiej scenie muzycznej. Miło było panią poznać, pani Mery.

Maciej Jakubik
Tapeta
Marilyn Manson/MF Cinerama

Marilyn Manson – Smells Like Children

Pełen kontrowersji artysta, który wziął swój pseudonim od pięknej gwiazdy Hollywood oraz innego seryjnego mordercy, nie odpuścił, i 1995 rok rozpoczął z rozmachem, wypuszczając nowy krążek. Jest znany przede wszystkim z prowokujących tekstów, kontrowersyjnego wizerunku i zachowania, a także skierowanych w jego stronę ataków po pamiętnej strzelaninie w Columbine, gdzie zamachowcy mieli podobno słuchać jego muzyki. Jak zwykle zaskakuje wokalem, raz głębokim i przeszywającym, innym razem delikatnym i stonowanym. W jego specyficznej twórczości to wokal gra główną rolę, a muzyka jest tylko dodatkiem. Filarem tego albumu można okrzyknąć utwór (cover) Sweet Dreams (Are Made Of This), który, razem z groteskowym teledyskiem tworzy, upiorny obraz samego artysty. Niewątpliwie jest to muzyka nie dla wszystkich, ale koneserzy tego gatunku zostaną usatysfakcjonowani.

Five Finger Death Punch – And Justice For None

Ivan Moody w najnowszym albumie musiał wyraźnie powściągnąć wodze swojego głębokiego głosu na rzecz delikatniejszych, wyższych tonów. Przejście od cięższych riffów i szybkiej perkusji do stylu balladowego, gitary akustycznej oraz marginalnej roli perkusji wyszło zespołowi na dobre. Szczególnie widać to w utworze Blue on Black. Niewątpliwa zmiana koncepcji przez zespół może odstraszyć wiernych fanów, ale z pewnością warto zapoznać się z tym albumem.

Death Angel – The Evil Divide

Zespół z San Francisco zdecydowanie zakończył maj 2016 r. wyśmienitym krążkiem. Znany z ciężkich i szybkich gitarowych melodii połączonych z odrobiną techniki, odświeżył zdecydowanie scenę metalową, tworząc skomplikowany thrash/progressive metal, który ma swoje wierne grono odbiorców. Sztandarowym kawałkiem na płycie jest The Moth, który jest kwintesencją stylu granego przez Death Angel. Z pewnością mogę nazwać ten album specyficznym, ale nie zaszkodzi spróbować.

Paweł Gościniak
Kompozytor
Erik Satie/Medium Publiczne

Erik Satie

Kompozytor, homoseksualista, dandys, komunista, sługa Szatana. W skrócie: człowiek awangarda. Satie żył w czasach, w których wszyscy francuscy kompozytorzy starali się naśladować i czerpać od Wagnera co najlepsze. Erik, w przeciwieństwie do mainstreamu, nie chciał się do niego upodabniać, przez co, na początku kariery, wyleciał ze szkoły muzycznej. Co takiego ma Satie, czego nie mają inni kompozytorzy? Włączam jego utwory za każdym razem, kiedy chcę skłonić się do refleksji i głęboko nad czymś zastanowić. Najbardziej znane dzieła, takie jak Gymnopedie No. 1, otulają słuchacza spokojem i jednocześnie przeszywają czymś w rodzaju smutku, który zachęca do zatrzymania się i rozmyślań. Tym mnie kupił.

Tizzy T

Chińczyk i nietuzinkowy raper; pomimo, że Tizzy T często porusza tematy seksu, narkotyków i pieniędzy (np. City Center), nie będąc dalekim od zaliczenia do newschoolu, ma też w swoim repertuarze utwory częściowo popowe, w których skupia się bardziej na uczuciach. Wtedy często zdarza mu się wchodzić w duety, zazwyczaj z kobietami. Muzyka Tizzy’ego T jest przeważnie dynamiczna i buja słuchacza, choć równie przyjemnie słucha się go w wolniejszych utworach jak Going Go. Stara się znaleźć swój styl, a ja trzymam za niego kciuki i przy okazji obcuję z językiem mandaryńskim i chińską kultura, co Wam również polecam!

Amarante

Nie spotkałem się dotychczas z lepszym połączeniem alternatywy i folku. Szkoda, że Amarante ma jedynie nieco ponad 30 tys. subskrypcji na YouTube, bo zarówno ich muzyka, jak i teledyski, są wyjątkowe, czego przykładem jest Little Heart. Zespół za jego pomocą pokazuje, że teledyskowy minimalizm jest cudowny. Uwielbiam ich przede wszystkim za nastrój tworzony wokół melodii. Każdy kolejny utwór hipnotyzuje. Dla sprawdzenia polecam piosenkę o wdzięcznym tytule: Hallucination. U Amarante gra wszystko: wokal, instrumenty, tekst, atmosfera. Często do nich wracam i na bieżąco śledzę ich rozwój.

Wiktor Kulesza
Culture Cafe
Black Holes and Revelations/Collectors Room

Muse – Black Holes and Revelations

Wydawnictwo, do którego pałam ogromnym sentymentem. Wakacje, słoneczne Mazury, tygodniowy wyjazd z przyjaciółmi i wieczory okraszone muzyką angielskiego zespołu rockowego – w skrócie czego chcieć więcej. Głównym atutem płyty z 2006 r. jest jej oryginalność; połączenie perkusji z ciekawymi efektami gitarowymi było strzałem w dziesiątkę. To właśnie dzięki tym efekciarskim zagraniom, w 2018 r. Muse zabrało mnie w kosmiczną podróż pełną teorii spiskowych, zaskakujących smaczków instrumentalnych i tętentu kopyt w widowiskowym Knights of Cydonia. Minęło tyle lat, a ta płyta wcale się nie zestarzała.

A Perfect Circle – Eat the Elephant

Jako perkusista amator uwielbiam albumy, w których perkusja gra pierwsze skrzypce, bądź gdy linia perkusyjna jest ciekawsza niż w utworach AC/DC (które i tak z całego serduszka kocham). Taką właśnie płytą jest Eat The Elephant amerykańskiego zespołu alt-rockowego. Werbel przechodzący z wysokiego dźwięku uderzającego przyjemnie uszy do najniższych strojów dających odczuć się na całym ciele – tego właśnie możemy doświadczyć, słuchając zaledwie pierwszego utworu. Całe dzieło A Perfect Circle jest również mistrzostwem wokalnym; Maynard James Keenan uwiódł mnie swoim spokojnym i kojącym głosem, nad którym nie każdy wokalista potrafi panować w takim stopniu.

Metallica – Ride the Lightning

Moja przygoda z metalem zaczęła się jakiś rok temu, i choć już wcześniej znałem takie zespoły jak Slayer, czy Iron Maiden, to dopiero w 2018 roku zacząłem szukać nowych wykonawców, poznawać bestsellerowych gigantów. Jednym z nich jest Metallica, zespół, z którym jako amator nowego gatunku zacząłem romansować już od pierwszego utworu. Album, dla którego zarywałem noce to właśnie Ride The Lightning, kolejny wspaniały, cieszący ucho swoim energetycznym kopniakiem, nieustępujący ich pierwszemu krążkowi.

Kuba Misztal
Pink Floyd Culture Cafe
The Wall/reddit

Pink Floyd – The Wall
The Wall to przełomowy krążek, to podróż po wielu gatunkach muzycznych zamykająca się w przepięknej operze rockowej. Możemy odnaleźć w nim liczne inspiracje dla współczesnej muzyki rozrywkowej, a także wspaniałe i niepowtarzalne smaczki dla prawdziwych muzyków. To pierwszy album jaki kiedykolwiek słyszałem o tak płynnej strukturze. Gdyby do głowy przyszedł Wam pomysł słuchania płyty w losowej kolejności, sporo na tym stracicie. The Wall jest jednym utworem podzielonym na 26 wersów. To nie tylko płynność muzyczna i kompozycyjna budowana na podobnych riffach, ale także tematyczna. Opowiada o swego rodzaju barierach – ścianach, które dzielą artystę z publicznością, ludziach okazujących wyższość nad swoim otoczeniem, a także o dualnym usposobieniu człowieka; dzieło ponadczasowe i wciąż aktualne.

Slayer – World Painted Blood

Fear of death the dark inside
Have become your only children
Dokładnie takie wrażenie wywarła na mnie płyta Slayera z 2009 roku; album naprawdę krwawy i  niezwykle różnorodny. I o ile o wielu zespołach możemy powiedzieć, że lepsza jest ich wcześniejsza działalność, o tyle w przypadku Slayera pozostaje tylko rzec: stare, ale jare.  Królowie thrash metalu trzymają poziom, o ile go nie podnoszą. Tę kwestię możemy skwitować pytaniem, które Araya sam sobie zadaje w piosence Playing with Dolls: Why am I, so alive? Dlaczego więc ten album jest tak dobry? Odpowiedź jest dosyć prymitywna: jednocześnie – jak na ten kwartet – jest bardzo klasyczny, a zarazem dostajemy wiele dobrych, nowych pomysłów. World Painted Blood jest bardzo naturalny i to dosłownie. Zespół przyznał, że wchodząc do studia, nie miał jeszcze skończonego materiału. Do tego został nagrany w pierwotnym składzie. Czego chcieć więcej?

Behemoth – I Loved You At Your Darkest

Non serviam
Tymi słowami możemy podsumować ubiegłoroczne dziecko Behemotha. Wspomniany album wywarł na mnie naprawdę spore wrażenie. Nie raz  powtarzałem, że im Behemoth więcej eksperymentuje, tym lepiej mu to wychodzi. Tak też jest tym razem. O ile Bartzabel jest naprawdę świetne, o tyle przy Havohej Pantocrator wymiękam. Inferno robi tam naprawdę świetną robotę. Prócz tego genialnym zagraniem ze strony zespołu było iście pinkfloydowskie wykorzystanie chóru dzieci. Podczas pierwszego zderzenia z tekstem, który śpiewają, można odczuć pewną konsternację, jednak później staje się on niezwykle klimatyczny. Oczywiście Nergal również nie zawodzi, co możemy zauważyć w chociażbym God = Dog. I Loved You At Your Darkest to naprawdę świetna i przede wszystkim świeża dawka metalu.

Te albumy zdefiniowały mój miniony rok. Jako dodatek do tej puli chciałbym dorzucić Songs of Love And Death zespołu Me And That Man. Album nie reprezentuje takiego kunsztu muzycznego jak powyżej wymienione, jednak ma niezwykły klimat i żywię do niego swego rodzaju sentyment. Serdecznie zapraszam do zapoznania się ze wszystkimi wspomnianymi przeze mnie tytułami.

Jan Tracz
Paul Simon
Graceland/reddit

Paul Simon – Graceland

Bodaj w lipcu natrafiłem na Graceland i tak mnie ciągnęło do tej okładki, że z dnia na dzień zacząłem słuchać. Aksamitne afrykańskie dźwięki i obrazowe teksty zdefiniowały mi następne trzy tygodnie – z głośników nie płynęło nic innego oprócz właśnie tego niepowtarzalnego albumu. Przede wszystkim było to moje pierwsze zetknięcie z czarną muzyką, silnie zakorzenioną w plemiennych nastrojowych klimatach. Dlatego tak bardzo trafia do mnie rodowitość i szczerość płynąca z piosenek zainspirowanych doświadczeniami Simona. Po drugie – metaforyczne i personalne przesłanie okazało się zbyt szczere, by można przejść obok niego obojętnie; arcydzieło pod każdym względem!

The Rolling Stones – Exile on Main St.

Piąta płyta Jaggera i ekipy, której słuchałem i zapewne najlepsza. Oczekiwań nie miałem, ale jest tak ceniona, że musiałem jej posłuchać. To tutaj Stonesi tworzą swój kompletny styl, łącząc zarówno prymitywne granie z wyrafinowanym bluesem, a nawet gospelem, nawiązującym do amerykańskich tradycji, jak i tego, co w niej najlepsze. Chłopcy (teraz już prędzej energiczne i wiecznie młode dziadki) śpiewają o narkotykach, łucie szczęścia i podatkach, bo to przecież przez nie musieli skryć się we Francji i to tam nagrali swoje opus magnum. Każdy z tych osiemnastu utworów okazuje się majstersztykiem i do całego albumu miło jest od czasu do czasu wrócić.

The National – Sleep Well Beast

Wydawnictwo stojące na równi z Songs of Experience zespołu U2, jeśli chodzi o moje podium albumów z 2017, ale zostajemy na ten moment przy roku 2018. Wysublimowane dźwięki na początku porwały mnie tylko trochę, nie potrafiłem się wciągnąć w posępną esencję płyty, ale z przesłuchania na przesłuchanie dostrzegałem coraz więcej smaczków – zarówno wokalnych, jak i kompozycyjnych – jakie Sleep Well Beast oferuje odbiorcy. No i tak wyszło, że najpierw nauczyłem się jej na pamięć, a potem sięgałem po poprzednie dokonania Amerykanów. Jeśli chcecie się dowiedzieć nieco więcej o tym, co The National tak naprawdę grają, to odsyłam do mojej październikowej recenzji ich szóstej płyty; muzyka godna zmysłowego doświadczania.


Sprawdźcie również: O tym, jak Arctic Monkeys wydali brawurowy krążek, ratując przy tym brytyjskich słuchaczy
Sprawdźcie również: Recenzja albumu Trouble Will Find Me (The National)

Zdjęcie tytułowe: Winyl/Internet

 

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *