Panierowana poezja, czyli dlaczego zawsze wracamy do miejsc, z których kiedyś chcieliśmy uciec

Na początku lipca dwa tysiące siedemnastego roku wysiadłam z samolotu na lotnisku w Londynie. Miałam dziewiętnaście lat, a w głowie myśl, że do Polski nie chcę wracać już nigdy. Nie mówiłam nikomu o motywach, które skłoniły mnie do wyjazdu na Zachód. Zaczęło się od tego, że weryfikacja moich planów co do bycia naukowcem, przebiegła szybko i bezlitośnie. Moja kariera geniusza zakończyła się po paru lekcjach fizyki. Więc jeśli komuś uda się dokonać jakiegoś przełomowego odkrycia, to na pewno nie mnie. Rzeczywistość uderzyła mnie na tyle mocno, że ciężko mi było znaleźć swoje miejsce w świecie, o Polsce już nie wspominając. A co zazwyczaj robi przerażony nastolatek? Ucieka, jak i ja uciekłam, myśląc, że mój problem leży w urodzeniu się nie w tym miejscu co trzeba. Dzisiaj jednak wiem, że do Polski wrócę na pewno.

Czas więc przestać się mazać i zaprosić szanownych czytelników do rozprawy nad zagadnieniem współczesnego patriotyzmu, oparte na wyjeździe dziesięciu uśmiechniętych twarzy do Nowego Jorku. Celem naszej podróży, oprócz obowiązków artystycznych jako aktorów spektaklu Zwycięstwo kobiet, na Festiwalu Chopin and Friends, było po prostu bycie Polakami dla innych Polaków.

Premiera spektaklu ‚Zwycięstwo kobiet’

Panierowana poezja, powiedział o kotlecie schabowym Emil, siedzący obok mnie w samolocie, lecącym do Nowego Jorku. Żal mi ludzi, którzy nigdy w życiu tego nie spróbują. I miał rację. Żal. Jako że, jedyna z grupy nie mieszkam w Polsce przez chwilę ogarnął mnie strach. Ten kotlet dał mi do myślenia.W końcu, odkąd wyjechałam na studia ani razu go nie zrobiłam. A nie ma nic bardziej polskiego od panierowanej poezji. Przez moją głowę przeszedł natłok myśli związanych z tradycjami, których nie pielęgnuję, świętami, o których zapominałam, a później z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że często myślę po angielsku, tłumacząc na polski lub nawet nie znajduję w rodzimym języku odpowiedników pewnych fraz. A jaki to ból dla humanisty, to już, drogi czytelniku, możesz sobie wyobrazić. Festiwal Chopin and Friends spadł mi więc z nieba, bo któż zrozumie emigranta lepiej, niż inny emigrant?

Celem podróży, o której mowa była prezentacja spektaklu Zwycięstwo kobietpowstał na podstawie powieści Henryka Cioczka, o tym samym tytule. Przedstawienie opowiada historię prawdziwą i teraz wiem, że nieśmiertelną. Główna bohaterka – Maria Zakrzewska, to urodzona w okresie zaborów lekarka, która, nie mogąc odnaleźć się w panujących w jej ojczyźnie warunkach, wyjechała do Nowego Jorku w poszukiwaniu zrozumienia i szansy rozwoju. I choć historia zdarzyła się ponad dwieście lat temu, mam wrażenie, że wciąż jest aktualna i żywa. Czytając scenariusz, stwierdziłam, że pan Henryk napisał biografię. Zastanawiałam się tylko czy Marii, czy moją. 

10 uśmiechniętych twarzy

Podczas bankietu mieliśmy okazję, by porozmawiać z panem Henrykiem i Polonią. Nie ukrywam, że wykorzystałam tę szansę do zmierzenia swojego poziomu polskości i porównania się w pewnym stopniu z rodakami, będącymi w tej samej sytuacji. Niestety, wypadłam przy moich rozmówcach dość blado. Miłość do kraju biła od każdego z nich. Okazało się, że w swoich domach słuchają polskiej muzyki, wywieszają biało-czerwoną flagę oraz… smażą schabowe. Wstyd, Karolina, po prostu wstyd. 

Premiera nowojorska spektaklu ‚Zwycięstwo kobiet’

Staliśmy się dla nich namiastką domu. Pewnego rodzaju nadzieją, że nie zginęła i nigdy nie zginie. Spektakl w reżyserii Mieczysława Wojtasa i oprawie muzycznej Piotra Tesarowicza, sprawił, że zrozumieli, że historia Marii to opowieść o każdym człowieku, tęskniącym za swoim domem. A czy to z pracy kilka ulic dalej, czy z Nowego Jorku, nie ma już znaczenia.

Nasz wyjazd do Nowego Jorku to opowieść o nieodpartej tęsknocie i lekcja, jak ważne w życiu każdego człowieka jest mieć do czego wracać, nie tylko z zagranicy. Zazdrościłam tym dziewięciu uśmiechniętym twarzom, że wrócą do Polski, szczęściarze. Ale ja też kiedyś wrócę. Bo przecież mam do czego.


Sprawdźcie również: Ze wszystkich znajomych twarzy, najmniej pamiętam własną
Sprawdźcie również: Fenomen amerykańskiej kultury w krzywym zwierciadle

Zdjęcie tytułowe: Karolina w teatrze/Fot. Mirosław Ptak, Piotr Powietrzyński

Karolina Hasiec

Podziwia sztukę w każdej postaci. Wychodzi jednak z założenia, że najlepsza jest ta, którą się rozumie. Do tematu tego podchodzi więc od strony badawczej, na co aktualnie pozwala jej studiowanie literaturoznawstwa w Londynie. Twórczość piśmiennicza jest dla niej niekończącą się kopalnią wiedzy o człowieku, historii o psychologii. Podziela teorię Szekspira o świecie jako teatrze, wierzy, że życie to gra i nie zamierza się temu sprzeciwiać. Wręcz przeciwnie, postanowiła współgrać z tym dogmatem i porwała się również na studia aktorskie. Miłość do sceny aktualnie dzieli na dwa kraje. W Polsce jest aktywnym członkiem Teatru Panopticum, w Londynie z kolei realizuje swoją młodość w the Tea House Theatre. Na częste pytanie dlaczego opuściła swój kraj odpowiada, że nie porzuciła go nigdy. Uwielbia język polski, a rodzimą literaturę traktuje jako ukojenie zbolałego obczyzną umysłu. W słowach widzi więcej niż tylko litery( jak mawia jej nauczyciel 'często za dużo') a spostrzeżeniami chciałaby się podzielić z Szanownymi Czytelnikami. Po to tu jest, by dać siłę dla humanistów, prawdopodobnie ostatnich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *