Nie wiem, czy zawód krytyka jeszcze istnieje – Jakub Koisz życiowo o filmie [ROZMOWA]

Dziś rozmawiamy z Jakubem Koiszem, polonistą, kulturoznawcą, autorem książki młodzieżowej #YOLO i tekstów publicystycznych dla Film.org, NaEkranie, Movies Room i Magazynu Filmowego SFP. Kuba opowiedział co nieco o swoich doświadczeniach życiowo-filmowych, roli współczesnej krytyki, pisaniu tekstów, kinie superbohaterskim, jak również współpracy z Tomaszem Raczkiem.

Jan Tracz: Kubo, ostatnio byłeś gościem Karola Paciorka w jego Imponderabiliach i od tego tematu chciałbym rozpocząć naszą rozmowę. Znalazłem pod tym filmem taki komentarz, mianowicie użytkownik X nie spodziewał się, że od tak umięśnionego faceta usłyszy tyle mądrych zdań. Jesteś zarówno fanem kinematografii, jak i aktywnym entuzjastą sportu. Czy takowe stereotypy – jak ten powyżej – dotykają Cię na co dzień, a może już dałeś do zrozumienia światu, że to nie problem łączyć tak zróżnicowane pasje?

Jakub Koisz: Ok, teraz muszę w końcu zapytać – czy naprawdę aż tak mocno bije ode mnie to rozpalenie siłownią? Ciekawe, że ty również od tego wyszedłeś. Czasami ktoś mnie o to pyta, jak łączyć jedno z drugim, a ja zupełnie nie rozumiem niespójności. Z Karolem znamy się od kilku lat, rozmawialiśmy wiele razy o tym i tamtym, więc pomyślał, że z jakichś powodów chętniej przy akurat tym spotkaniu opowiem o sporcie niż kinie, poza tym kiedyś rozmawialiśmy na jego kanale raczej o chorobie niż lekarstwach. Nie wiedziałem, że rozmowa zawędruje tym razem w rejony popkultury i siłowni, co było miłą odmianą wśród różnych wystąpień na żywo. Kino zawsze będzie dla mnie ważne, to uciekanie na ciemne sale, płomienne dyskusje z przyjaciółmi, a nawet dzielenie się swoją opinią, tylko już bardziej jest to skierowane dla bliskiego kręgu znajomych niż próba bycia opiniotwórczym, siłownia natomiast jest czymś, co pozwala mi spokojnie na tych salach wysiedzieć, wiedząc, że nie marnuje czasu, a plecy nie są katowane kolejną dawką bierności. Takie dorzucanie sobie żelaza na barki trzyma mnie przy ziemi, dzięki temu wiem co jem, śpię, ile powinienem i nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem chory. Ciało i umysł dostają swoją dawkę po równo, jestem im to winny za sporo godzin tak zwanej siedzącej roboty. A jeśli zdarzają się złośliwości, to pochodzą od specyficznego typu ludzi, mocno już oblanych stereotypem, o którym wspominasz.

Przypominają mi się słowa, które rzekomo wypowiedział kiedyś Arnold Schwarzenegger, w odpowiedzi na czyjąś opinię, że nie chciałby wyglądać tak jak on. Arnie miał na to krótką ripostę: nie martw się, akurat ktoś taki jak ty nigdy nie będzie miał okazji. Zauważyłem jednak, że kumaci znajomi z coraz większym zainteresowaniem podchodzą do tego tematu. Mam takiego młodszego kumpla, Juliana, chyba mniej więcej w twoim wieku, bardzo wrażliwy na kino i muzykę, prowadził vlogi, a teraz wraz ze swoją dziewczyną zaczął chodzić na treningi bokserskie, bo poczytał czy obejrzał jakieś moje materiały, w których zachwalam serię Rocky. Inna sprawa, że w moim wypełnionym przygodami życiu przydało mi się częściej to, że potrafię zrzucić z siebie 150 kilogramów niż wrażliwość kinomana…

Na pewno to rozpalenie w jakimś stopniu jest i będzie widoczne, co nie zmienia faktu, że robi to prędzej wrażenie na drugim człowieku – i przy tym, jak wspomniałeś, wzbudza zainteresowanie – niż jakąś mściwą zazdrość. Te płomienne dyskusje, bo o nie chciałbym zahaczyć; wywołują je twoje recenzje, opinie, a może odmienne poglądy i zwyczajne konwersacje z paczką znajomych? Zastanawiałeś się kiedyś, które aspekty zmuszają ludzi do kontemplowania nad twoimi tekstami i dlaczego wywołują momentami ten cały dyskurs?

Na pewno wiem, co wywołuje je w czasie rzeczywistym. Kilka kropel alkoholu i doświadczenie wspólnego oglądania filmów ze znajomymi. A tak serio – nie zauważyłem, żeby moje teksty albo opinie rozpalały kogoś do czerwoności, bardzo też mało pod nimi negatywnych komentarzy, ponieważ uważam recenzję za formę już mocno przeżartą przewidywalnością, a siebie za średniego wyrobnika. Z tego powodu bliżej mi dzisiaj do oglądania czyichś kanałów na YouTube albo czytania opinii na Facebooku niż sięgania po teksty specjalistyczne. Jeśli publicystyka ubrana jest w zabawowość, a tego oczekuję od dobrego contentu wideo traktującego o kinie, wiążę się emocjonalnie z jej autorami. Nie znoszę nudziarstwa i opowiadania dokładnie tego samego, co wszyscy za Oceanem, czyli ile dany film zarobił, jaki jest jego score na Rotten Tomatoes i fajne to bo jest fajne. Ostatnią rzeczą, jaka mnie interesuje, skoro nie jestem producentem ani nie mam wpływu rynek filmowy oraz gusta większości, jest box office. Podoba mi się to, z czym wystartowali ostatnio koledzy z Napisów Końcowych, a szczególnie, gdy wypuszczają ze smyczy dziwne tyrady kolegi, Radka Pisuli. Dzięki temu przyjemnie rzucić na to okiem, skoro tematycznie nie wszystko mnie tam ciekawi. Poza tym nie jest to tradycyjna krytyka, więc też na plus.

Od lewej: Radosław Pisula, Łukasz Stelmach i Jakub Koisz/Splat!FilmFest

Żyjemy w dziwacznym momencie dla publicystyki, w którym nie mam bladego pojęcia, w jaki sposób zawód zwany krytykiem filmowym, o ile w ogóle istnieje, cieszy się taką popularnością wśród młodych, bo przecież prawdziwa robota jest gdzie indziej. Jest nią rozmawianie z ludźmi kina, reportaże lub nawet praca kreatywna na rzecz sztuki, bo siedzenie i gadanie o filmach – szczególnie, jeśli obejrzało się ich w życiu sporo ponad tysiąc – to najnaturalniejsza i najłatwiejsza aktywność na świecie. Nie wiem, jaka jest definicja dobrej, jakościowej krytyki filmowej, a tworzenie kolejnych niczego nie uprości. Ktoś mi kiedyś powiedział, że artysta musi być szczery i mieć charakterystyczny głos, z czego szczerość jest najważniejsza. Być może tylko to łączy dobrego recenzenta z twórcą filmowym – obaj muszą być szczerzy i potrafić przekazać to odbiorcy w sposób precyzyjny, zaprosić go do tańca, nawet jeśli za pomocą znanych kroków i są to jedynie wiejskie obkręcanki.

Popraw mnie, jeśli się mylę – sugerujesz, że osoba związana z filmem, pisaniem o nim etc., prędzej powinna być traktowana jako rzemieślnik, który swoje umiejętności wykorzystuje w celu przybliżenia ludziom świata kina, niż jako recenzent wyrażający jedynie swoje opinie na temat jednego lub drugiego filmu?

Na pewno nie powinna być traktowana jako wyrocznia i arbiter elegancji w kwestii tego, co należy oglądać i na co zwracać uwagę. Uważam, że każdy, kto ogląda sporo filmów, posiada niezbędne narzędzie, czy jak kto woli – aparat poznawczy pozwalający przełożyć jako tako na słowa to, co myśli o danym tekście kultury, a drugim narzędziem, którego czasem brakuje, to precyzyjny lub przykuwający czyjąś uwagę język. To są ważne umiejętności, jeśli chcesz zajmować się kinem, ale nie może przyćmić elastyczności zawodowej i umiejętności interpersonalnych. Ważniejszym pytaniem jest: po co chce to robić? Czy zajmowanie się stricte recenzowaniem nie jest aby za wygodne? Dla kogo ta misja? Cała reszta, czyli wiedza specjalistyczna dotycząca technikaliów i kontekstów historycznych, może zostać nabyta z czasem, ale zadziwiająco dobrze radzą sobie z kinem osoby, które nigdy nie odbyły edukacji filmowej na poziomie akademickim.

Kiedyś myślałem, że to będzie takie przyjemne i kozackie, owe mówienie ludziom, co w kinie jest dobre, a co złe. Pstryk! Nagle okazuje się, że o wiele przyjemniejsze jest rozmawianie z ludźmi kina, pisanie tekstów sylwetkowych, pomaganie innym tworzyć sztukę itd., a samo recenzowanie to najmniej przyjemna, ale no wciąż – niekiedy jeszcze robota. Wracając do vlogów – z uwagą przyglądam się, po dłuższej przerwie, choćby Sfilmowanym, których nie śledziłem w momencie, gdy przestałem interesować się wideorecenzją. Mijają miesiące i lata, włączam któryś z ich materiałów i widzę, że Dawid wraz partnerką niejako z automatu, ale bardzo spójnie i intuicyjnie omawiają jakiś film. Nie wiem, czy po drodze odbyli wykształcenie filmoznawcze, Agnieszka chyba coś w tym kierunku pokończyła, ale idzie im to sprawniej chyba dzięki powtarzaniu tych samych czynności. Zupełnie jak w sporcie.

Fot. Karol Paciorek

Tak jak Sfilmowanym powielanie czynności, czy tak Tobie sport – wielokrotnie objawiający się w tej rozmowie – pomaga rozwijać cechy, umiejętności potrzebne do zajmowania się filmem i vice versa?

Powtarzanie pewnych czynności, jak na przykład oglądanie dużej ilości filmów, sprawia, że jesteś w stanie recenzować. Robienie recenzji za recenzją sprawia, że jesteś w stanie robić to przynajmniej nieźle. Sport nie ma za wiele wspólnego z moją krytyką, no chyba że pozwala zachować do niej dystans, sprawne plecy nadwyrężane pracą siedzącą, studiami i prowadzeniem nerdowego życia, a niektóre teksty piszę w głowie, będąc na siłowni. Poza tym to dwie różne dziedziny, ale obie polegają na tym, że im mocniej poddajesz się próbom, tym lepszy się stajesz. Na pewno, od kiedy znowu trenuję, jestem produktywniejszy. Dzień w jakiś magiczny sposób się wydłuża, a praca siedząca jest znowu przywilejem, a nie katorgą.

No cóż, pewnie coś w tym jest, że praktycznie w każdej dziedzinie trzeba robić, robić i jeszcze raz robić, by osiągnąć perfekcję. Cofając się do tematu internetu, sam miałeś kiedyś kanał na YouTube, teraz w większości piszesz, ewentualnie rozmawiasz w radiowej Czwórce.

Powiedz mi, czy współpraca z każdą marką wiąże się z tymi samymi wyzwaniami, a może dana strona/magazyn wymagają od Ciebie czegoś zupełnie innego i sprawdzają odrębny wachlarz zdolności?

Ok, muszę coś wyjaśnić. Nie miałem swojego kanału na YouTube, robiłem to z kumplem, który był, że tak powiem, mózgiem operacji i o wiele bardziej czuł ten świat, ja nie posiadałem nawet dostępu do konta (śmiech). Pisanie pojawiło się wcześniej, a coś więcej zacząłem z tego wyciskać, gdy zdałem sobie sprawę, że YouTube to platforma dla, paradoksalnie, introwertyków, ludzi, którzy mają czas i chęci, aby wyciskać z siebie najlepszego siebie na potrzeby internetowych materiałów. Mogę wprawdzie wystąpić u kogoś gościnnie, a szczególnie, gdy chodzi o kumpli, z chęcią spróbowałbym się w prowadzeniu podcastu, w którym miałbym możliwość rozmów z różnymi ciekawymi osobami, które wypychałyby mnie poza bańkę moich zainteresowań, niekoniecznie tymi od filmów i popkultury, ale nie mam w sobie nawet krzty chęci tworzenia postaci na potrzeby kanału lub zajmowania się wideokrytyką w głównej mierze. Jeśli się to zdarzy, to spoko, ale nie jest celem zawodowym czy kreatywnym.

Może kiedyś to się zmieni, ale potrzebowałbym raczej pierwszego kapitana. Z chęcią komuś pomogę, odwiedzę radio, wypowiem się publicznie, a miło mi, jeśli ludzie chcą słuchać, co 115-kilogramowy drab ma do powiedzenia o nowościach filmowych. Krótko: gdziekolwiek piszę, gdziekolwiek publikuję, tam musi być tolerowany mój styl, moja osobowość, pakiet zdolności, które może posiadam. Pytasz więc o pracę dziennikarską, czy ona jest różnorodna, zaskakująca? Ależ oczywiście, zawsze taka jest, gdy ma się do czynienia z rozmową z nowymi ludźmi. A może chodzi ci o tę krytycznofilmową? Otóż – coraz mniej mnie cokolwiek w krytyce potrafi zaskoczyć, a szczególnie ja siebie.

Culture Cafe
Okładka książki #YOLO/Paradoks

Zejdę troszeczkę z tematu wrażeń odnośnie krytyki, bo po prostu muszę zapytać; jak to jest współpracować z tak znanym w Polsce nazwiskiem, Tomaszem Raczkiem? Czy dla takich chwil – jako człowiek związany z kinem – żyjesz, czy już nie traktujesz tego jako nic niezwykłego? A może nigdy nie traktowałeś?

Współpraca przy Magazynie Filmowym wydawanym przez Stowarzyszenie Filmowe zdarzyła się nieco przypadkiem. Tomek próbował kiedyś zrzeszyć jutuberów, którzy dyskutowali o kinie, w ramach strony o Zygmuncie Kałużyńskim. Jego program prowadzony kiedyś wraz z Raczkiem był dla mnie swoistym drogowskazem, jak przekładać przyjaźń i prawdziwą chemię na rozmowę. Okazało się, że czasem rzucił okiem na to, co robiliśmy na YouTube. Potem zostałem kilka razy zaproszony do radia Tok FM, głównie w kontekście dyskusji o premierach filmów Marvela, bo Tomek wiedział, że zajmowałem się kiedyś komiksami i superbohaterami, interesowała mnie ich mitologia. I jakoś poszło.

Myślę, że polubił moją zadziorność, ale to nie jest jakaś ścisła współpraca. Tomek jest redaktorem naczelnym, który zleca u mnie teksty, respektując przy tym moje zainteresowania. To – nie wstydzę się tego przyznać – mentor w kwestii nie tyle krytyki filmowej, bo jak wcześniej wspomniałem to może robić każdy, ale roboty dziennikarskiej, otwartej na ludzi i nie opierającej się sztywnym ramom. Często mamy odmienne zdania, a pod jego skrzydłem uczę się trochę pokory i szacunku do dróg wypróbowanych przez starszych kolegów, a to najważniejsze. Uwielbiałem jego wywiady i tę synergię, która wypływała ze współpracy z Kałużyńskim, człowiekiem, który z głęboką fiksacją i wywrotowymi opiniami grzebał w kinie, dla którego Tomek był moim zdaniem kręgosłupem. Zawsze wydawał się być ręką, która trzymała ten skalpel Kałużyńskiego przy operacjach filmowych. Zresztą cóż to niezwykłego pracować z kompetentnym, znającym rynek medialny i prasowy szefem? To powinien być standard w tej branży.

Culture Cafe
Jakub Koisz w Czwórce/polskieradio.pl

Sugerujesz, że ten standard rzadko kiedy jest spotykany wśród dzisiejszych twórców?

Nie wiem, nie mam porównania, wiem jedynie, że Tomek to prywatnie świetny gość, a wiele osób zajmujących się kinem lub popkulturą traktuje je jako spluwaczkę na kontent. Oby wypełnić, oby pluć treścią.

Kino to kontakt na płaszczyźnie dzieło-odbiorca. Gdy zaczynasz kolejny film, czego od niego wymagasz? Jakie masz oczekiwania?

W takich odpowiedziach pewnie poruszane są zazwyczaj zagadnienia z zakresu odbioru tekstu kultury, psychologii oraz literaturoznawstwa, aby nie paść pod gradobiciem kontekstów i odwołań. Ja się nie boję tych ciosów i coraz częściej chcę być po prostu zabrany przez kino w nieznane. Nie oglądam za dużo zwiastunów, a gdy znajomi mnie czasami pytają, czy widziałem jakiś trailer, to łapie ich zdziwko, bo przyznaję im, że nie chcę i nie chciałem. Kiedyś projektowałem sobie w głowie jakiś film, jeszcze zanim go zobaczyłem, a dzisiaj ledwo starcza mi czasu na kino, nie mówiąc o trailerach. Jestem najgorszy w omawianiu jakichś tytułów, zanim je obejrzę, analizowaniu zwiastunów, jak gdyby doświadczenie kina wiązało się z jakąś dziecinną grą typu: aha, patrz, mówiłem, że tak będzie!

Moje oczekiwania wobec kina są proste, a jednocześnie trudne do zaspokojenia przez większość produkcji wysokobudżetowych – chcę ucieczki, ale nie trwającej między kolejnymi seansami, tylko tej krótkiej, półtoragodzinnej lub więcej. Gdy wlatują napisy końcowe, pragnę pobyć z filmem jeszcze chwilę, być może coś o nim napisać, pogadać z przyjaciółmi, a potem – wycisnąć z siebie skurczybyka. Wiem, że to wbrew poglądowi, że dobre kino trzeba w sobie nosić bardzo długo jeśli nie do końca życia i na pewno gdzieś w mojej pamięci jest miejsce, w którym to wszystkie śmieci się składują. Film pozwala mi podjąć nowe działania, zdobyć jakąś praktyczną wiedzę, przywołać pozytywne emocje, gdy czasami stracę je z widoku, ale nie chcę w tym za długo pływać, potrzebuję też irracjonalności i chaosu życia. Moje oczekiwania wobec filmu są więc zwyczajne – ma mi na chwilę wyłączyć ciało i pozwolić pożyć życiem kogoś innego. Ale tylko na chwilę, potem lubię być z powrotem sobą. Jeśli ktoś oczekuje od kina czegoś więcej, czyli jest głębokich zmian, które zajdą w ich życiu albo w świecie, to cieszę się, że istnieje taka perspektywa, ale ja ich jednak szukam w literaturze i drugim człowieku.

Fot. Splat!FilmFest

Czyja twórczość/gatunek/okres pozwalają Ci opuścić ciało na czas trwania całego seansu i jeszcze wziąć sobie urlop od rzeczywistości, w ogóle nie wracać? Jaki konkretny typ opowieści lubisz i co dobrego ci on przynosi?

Na pewno będą to filmy Marvela ze względu na przekaz, nawet nie dotyczący fabuły, ale że tak powiem ponadfilmowy, oraz seria Rocky spod ręki Sylvestra Stallone’a. Oglądam, szczególnie ostatnio, bardzo dużo kina festiwalowego i niszowego, ale są to doznania innego rodzaju niż eskapizm, który towarzyszy mi podczas połknięcia kolejnej dobrze skonstruowanej superbohaterowszczyzny. Mam takie przedziwne uczucie, że większość osób, które się tym jarają i szeroko komentują w internecie, a może nawet przesadnie się tym ekscytują, gubią gdzieś nieco sedno tych współczesnych baśni. Lubię opowieści, które implikują, że wraz z siłą fizyczną musi przyjść wrażliwość i trzeba sobie pozwolić na bycie bestią, ale należy trzymać ją pod kontrolą. Przecież o tym są te wszystkie Kapitany Ameryki, Thory czy Hulki – że trzeba być groźnym skurczybykiem, aby wiedzieć, co to dobro. W przeciwnym razie nie czyni się zła dlatego, że się nie chce, ale dlatego, że nie ma się takiej fizycznej możliwości. Znam osoby, które są przesadnie dla wszystkich miłe lub wyjątkowo bucowate, mówi się o nich sympatyczny koleś albo straszny buc, kiedy w obu przypadkach jest to wyłącznie maska.

Nikt nie szanuje sympatycznych kolesi, jeśli nie potrafią się komuś postawić albo buców, jeśli nie robią czasami czegoś spektakularnie dobrego. Takich ludzi się albo tylko lubi albo nie znosi, w obu przypadkach – trudno się z nimi tak naprawdę mocno zaprzyjaźnić. Komiksy i kino Marvela przepełnione są bucami typu Stark, którzy w chwilach kryzysowych wybierają humanistyczny obowiązek wobec drugiego człowieka albo furiatami, którzy wzruszają się na widok czyjegoś cierpienia. Mało tego, ostatnio zauważyłem, że w tej całej swojej płytkiej otoczce  od zera do bohatera zapomina się, że te współczesne bóstwa to taki trochę sygnał: ej, stary, weź się za siebie, a będziesz trochę lepszy. Ten komunikat zupełnie umyka w warstwie eskapistycznej. Nie bez powodu ludzie, którzy grają te postacie, wyglądają jak antyczne posągi, a ich fani nieszczególnie. Natomiast Rocky i jego odprysk Creed są natomiast dla mnie takim kinem, na które cieszę się, że trafiłem w dzieciństwie, bo dzięki niemu zabrałem się nie tylko za filmy, ale i za sport. Gdyby nie te podniosłe nuty i proste, na wskroś amerykańskie sugerowanie, że ciężką pracą można sobie torować drogę ku szczęściu, nie gubiąc przy tym niewinności, byłbym kimś zupełnie innym. Może kimś gorszym, może lepszym, ale na pewno – kimś innym.

Zatem potrafisz się z którymś z bohaterów utożsamić, czy tylko czerpiesz z ich najlepszych cech i obserwujesz filmowe poczynania?

Nie utożsamiam się z filmowymi bohaterami ani nie staram się czerpać od nich niczego poza potwierdzeniem, że coś jest dobre, a coś złe, jakąś elementarną narrację, która ich dotyczy, ale ta może zostać odnaleziona w wielu innych bohaterach, jeśli opiera się na jakimś podstawowym toposie. Dla przykładu – uwielbiam Rocky’ego czy Johna McClane’a, mogę dojrzeć w tych postaciach cechę, która świetnie pasuje do jakiegoś elementu mojego życia, ale gdybym próbował zaadaptować ich w sobie w całości lub choćby jakiś wizualny element, wyglądałoby to pokracznie, niczym tani cosplay. Postacie filmowe mogą być nam bliskie, możemy się z nimi utożsamiać i niektórzy potrafią wyczarować z tego powodu całkiem ciekawą kinoterapię, ale ważne, żeby wiedzieć, na które elementy należy kłaść nacisk, to bardzo odpowiedzialne zadanie.

Sama koncepcja kinoterapii jest Ci w jakiś sposób bliska?

Gdybym powiedział, że zupełnie nie, skłamałbym, ale tylko teoretycznie. Naprawianie czegokolwiek poprzez kino powinno pozostać w rękach specjalistów, ja z takim narzędziem mógłbym tylko wyrządzić komuś krzywdę (śmiech). Uważam jednak kino za wspaniałe pole do uświadamiania siebie w sobie. Tomek Raczek, jako trenujący buddysta, sam bardzo delikatnie się z tym obchodzi, ale chyba wie, o czym mówi.

Culture Cafe
Jakub Koisz/Pyrkon

Na zakończenie, Kubo, powiedz, który autor tekstów publicystycznych jest Ci najbliższy, w taki sposób, że chciałbyś pisać tak jak on?

Żaden, nie mam idoli w kategorii publicystyka, ale chciałbym potrafić mówić o popkulturze z takim nieprzerysowanym, szczerym i nieoblanym nerdzią ekstazą stylem chłopaków z kanału Red Letter Media, czyli Half in The Bag. Uwielbiam, jak zauważają, że niekiedy coś jest niewarte zachodu, kiedy indziej dłuższego komentarza albo nawet jakiejkolwiek ekscytacji. Mam wrażenie, że dostrzegają marketingową fasadę tego wszystkiego. Czasami bardzo nas się wkręca z tą popkulturę, a to po prostu ma bawić, jak pieczony ziemniaczek prosto z ogniska.

Dziękuję ślicznie za rozmowę!

Dzięki wielkie, rób dalej rzeczy, które robisz, a będzie fajnie. Z fartem!


Sprawdźcie również: Każdy nowy seans to przygoda – Michał Oleszczyk o swojej pasji filmowej [ROZMOWA]
Sprawdźcie również: Cukierkowe uczucie, miasto miłości – RZYMSKIE WAKACJE i ich fenomen

Zdjęcie tytułowe: Fot. Karol Paciorek

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Aktualnie pisze dla Film.org.pl. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *