„Mistress America” – ostatnia kowbojka na Times Square

La Bella Roma, la Ville Lumiѐre, a city that doesn’t sleep – jak można zauważyć, od niektórych miast bije niespotykana pewność siebie. Na czele owego pochodu dumnych, zwycięskich metropolii, maszeruje zaś pewnym krokiem Nowy Jork. New York, New York– przytakuje Frank Sinatra i zadziornie, ze staroświeckim sznytem, mruga okiem. Piosenka sprawiła, że Nowy Jork odkryto na nowo, jako spełnienie amerykańskiego snu; samego Sinatrę wyniosła zaś ona do rangi jednego z symboli miasta – ostatniego kowboja na Times Square. Dopóki rzecz jasna nie pojawiła się ona – Mistress America – i z energią godną potomków pasażerów Mayflower, nie zdobyła szturmem miasta.

Tylko że – jak przystało na niezbyt spektakularne czasy –, również ów podbój nie był szczególnie widowiskowy. Bo w zasadzie dokonany nie takim znowu szturmem, w pojedynkę i tak jakby tylnymi drzwiami. Czy takie jest właśnie oblicze współczesnego amerykańskiego snu – samotne i nieco przykurzone?

Zatem… czym dokładnie się zajmujesz?

Przyznajcie, brzmi to trochę przygnębiająco, prawda? A przecież początki wydawały się tak obiecujące… Na scenę wkroczyła Brooke (olśniewająca, idealnie-nieidealna Greta Gerwig) i niczym huragan zmieniła życie nastoletniej Tracy (Lola Kirke), która kilka miesięcy wcześniej przybyła do miasta. Plastikowy samolocik, który dziewczyna odnajduje w mieszkaniu byłej/przyszłej/niedoszłej starszej siostry, jawi się nam na tym etapie jako nadzieja na życie pełne przygód. Bo takie życie, z perspektywy Tracy, zdaje się prowadzić Brooke. Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów na jej temat, odkrywanie tych smaczków, składających się na niezwykle złożony, a zarazem boleśnie realistyczny portret bohaterki, było bowiem dla mnie największą przyjemnością podczas seansu. Myślę, że sam za siebie mówi jednak fakt, iż amatorsko zajmuje się projektowaniem wnętrz, na co dzień pracuje jako instruktorka w klubie fitness, a po godzinach przygotowuje się do otwarcia restauracji (która byłaby jednocześnie kawiarnią, sklepem spożywczym i salonem fryzjerskim).

Teatr jednego aktora

Czujecie już nadmiar obfitości? A przecież wspomniałam do tej pory tylko o jednym z wątków, które porusza Mistress America. Kreacja Gerwig dominuje jednak film do tego stopnia, że pozostali bohaterowie rozmywają się gdzieś w tle – bladzi i niemal niezauważalni. W pierwszej chwili moglibyśmy oczywiście założyć, że jest to celowy zabieg reżysera (Noah Baumbach), który ma na celu przybliżenie widzowi fascynacji młodej pisarki osobą charyzmatycznej siostry. Wnioski te zdają się jednak nie znajdować odzwierciedlenia w drugiej połowie filmu. Nagromadzenie wątków sprawia, że jesteśmy zmuszeni zagłębić się nieco również w historię samej Tracy, Tony’ego (Matthew Shear) oraz jego dziewczyny Nicolette (Jasmine Cephas Jones), a także zamożnego małżeństwa – Dylana (Michael Chernus) i Mamie-Claire (Heather Lind). Mimo to, w dużej mierze pozostają one nierozwinięte, albo rozwinięte jedynie na tyle, na ile jest to konieczne dla zrozumienia postaci Brooke oraz przesłania, które pozostawia. Powoduje to ogólne wrażenie pewnej niekompletności, mimo dość zgrabnego zamknięcia całej historii.

Możemy zatem odnieść wrażenie, że scenarzyści – szalone małżeństwo Gerwig i Baumbach, kolejno główna aktorka i reżyser – mieli w zasadzie pomysł nie na film, ale na tytułową Mistress Americę. Na jej bezpretensjonalny sposób bycia, błyskotliwe przemyślenia, wszechogarniający apetyt na życie. Reszta produkcji jest zaś tylko produktem ubocznym; nikt nie stara się nawet – a jeśli stara to z bardzo kiepskim rezultatem – tego faktu ukrywać.

Lucky Luke za sterami śmigłowca

To nie myśl o niewykorzystanym potencjale, sprawia jednak, że ten całkiem zabawny film wywołuje u mnie przygnębienie. Ma to natomiast wiele wspólnego z faktem, że tytułowa (super)bohaterka ponosi jednak w pewnym sensie porażkę. Tracy przeczuwała to przecież od początku: ostatnia kowbojka na Times Square, składa broń wobec apatii i pospolitości. Zgodnie z najlepszymi tradycjami gatunku, odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Plastikowy samolocik nie jest już symbolem przygody. Teraz przywodzi na myśl raczej niekończącą się wędrówkę i związaną z nią, przytłaczającą samotność.

Niemniej jednak, jej amerykański scen ziścił się, nawet jeśli nie spełniła swych plenów i marzeń. Bo przecież jego ponadczasową kwintesencją są niewyczerpana ambicja i energia. Tak, Brooke podbiła Nowy Jork. Nawet jeśli zrobiła to tylko na krótko i w dodatku kompletnie samotnie; As being a beacon of hope for lesser people is a lonely business.


Sprawdźcie również: Cukierkowe uczucie, miasto miłości – RZYMSKIE WAKACJE i ich fenomen
Sprawdźcie również: Każdy nowy seans to przygoda – Michał Oleszczyk o swojej pasji filmowej [ROZMOWA]

 

 

Zdjęcie tytułowe: kadr z filmu „Mistress America”

Natalia Nieróbca

Natalia Nieróbca

Współtwórczyni Culture Café. Jej największą pasją są podróże. Od czasu do czasu organizuje spontaniczne wypady do różnych ciekawych miejsc w Europie. Wielbicielka żeńskich końcówek wyrazów, sztuki nowoczesnej oraz filmów Sally Potter. Interesuje się także historią i polską poezją śpiewaną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *