Kto się boi Carrie Bradshaw? – „Seks w wielkim mieście” jako feministyczny manifest naszych czasów

Olympe de Gouges, Emmaline Pankurst, Simone de Beauvoir, Malala Yousafzai… Walka o prawa kobiet niejedno ma imię. Mimo to, należnego miejsca w feministycznym panteonie, po dziś odmawia się czterem przyjaciółkom z Manhattanu, które u progu XXI wieku, przełożyły Sztukę kochania na język amerykańskiej opery mydlanej. Czy zatem społeczność walcząca z przejawami dyskryminacji, bezwzględnie dyskryminuje miłość do designerskich butów, falbaniastych spódnic i cosmopolitanów?

(…) i Pinokio stał się kobietą.

Pytanie jednak, czy nieodłączne atrybuty Carrie Bradshaw rzeczywiście powinniśmy postrzegać jako symbole wariantu feminizmu, jaki rzekomo prezentuje Seks w wielkim mieście? Serial to przecież nie tylko Sarah Jessicę Parker i jej zgrabna, odziana w bladoróżowe tutu bohaterka. Zgodnie z początkowym zamysłem, to na jej losach miała skupiać się fabuła kultowej dziś serii. Choć, fakt faktem, to właśnie z perspektywy Carrie i jej felietonów poznajemy Manhattan. Poczęte, co prawda, jako zawiązki pewnych uproszczonych schematów, Samantha, Miranda, czy Charlotte, szybko wybiły się jednak na niepodległość. Z nieskomplikowanych, papierowych postaci, co jakiś czas błąkających się bezwiednie po ekranie, aby zrobić dokładnie to, czego widz oczekuje od nich w danym momencie, przekształciły się w niezależne bohaterki.

Tego rodzaju zmiana koncepcji rzadko wychodzi serialom na dobre. W tym przypadku sprawiła jednak, że z – zabawnej co prawda – opowiastki o miłosnych zawirowaniach nowojorskiej dziennikarki, stał się popkulturowym fenomenem. Stworzył bowiem feminizm, widziany przez pryzmat prawa do swobodnego wyboru własnej drogi. Niezależnie od tego, czy stawiamy na sukces zawodowy, poświęcamy się rodzinie, czy gonimy za motylkami w brzuchu.

Park Avenue Princess

No właśnie, hasło rodzina, pozornie nieczęsto wchodzi w zbyt zażyłe relacje z feminizmem. Niekiedy odmawiają nawet współegzystowania na przestrzeni jednego artykułu, co dopiero zaś zdania. Może dlatego właśnie należałoby poświęcić chwilę, aby bliżej przyjrzeć się postaci Charlotte York Goldenblatt. Już na pierwszy rzut oka możemy zauważyć, że Charlotte nie jest jak pozostałe dziewczyny. Ułożona, dość powściągliwa, piękna w bardzo konwencjonalny sposób. Park Avenue Polyanna; chodząca i niosąca dobrą nowinę o wiecznej miłości, antyteza wszystkiego, w co wierzy Samantha Jones.

Możemy oczywiście, jak wielu fanów SATC, wytykać jej naiwność, i obsesję na punkcie małżeństwa. Trzeba jednak przyznać, że Charlotte jako jedyna z dziewczyn od samego początku doskonale wie, do czego dąży i ma odwagę otwarcie po to sięgać. Jej wybory, takie jak decyzja o porzuceniu pracy, aby skoncentrować się na rodzinie, bywają dyskusyjne. Są to jednak przede wszystkim jej własne wybory. (Poza tym, to właśnie Charlotte jako pierwsza zauważyła, że przyjaciółki są jej prawdziwymi bratnimi duszami – You go girl!)

(Anty)bohaterka romantyczna

Carrie brakuje tej charakterystycznej dla Charlotte stałości i determinacji. Od pierwszej chwili, gdy na ekranie pojawia się Mr. Big, wiemy jednak, za czym tak naprawdę goni nasza nowojorska it girl, gdy przebiega na czerwonym świetle w błyszczących, amarantowych sandałkach od Jimmy Choo. Bohaterka wypiera się, plącze w zeznaniach; fakty nie pozostawiają jednak żadnych wątpliwości – Carrie jest po prostu niepoprawną romantyczką. I refuse to settle for anything less than butterflies – przyznaje w końcu, z niezachwianą pewnością siebie. Od tego momentu wiemy, jak skończy się ta bajka, chociaż po cichu nadal liczymy na to, że Mr. Big niespodziewanie wpadnie pod autobus. Czy John James Preston jest dobrym wyborem? Można by się o to spierać. Czym jest jednak prawo do popełniania błędów, jeśli nie esencją wolności?

I’m a bad guy (am I?)

W przypadku Samanthy, czy Mirandy sytuacja jest dużo bardziej oczywista. Niemal każda scena z udziałem tych pań to ultimate Girl Power. I love you, but I love me more, „Dirty Martini, dirty bastard, He’s just not that into you. So move on, a to przecież tylko najbardziej pamiętne sceny z ich udziałem. W Internecie aż roi się od artykułów, mówiących o tym, dlaczego to właśnie Miranda Hobbes, a nie Carrie, jest kobiecą bohaterką na miarę XXI wieku. Słowa padające z ust Kim Cattrall są zaś cytowane niemal tak często, jak We were on a break!, a już na pewno częściej, niż sokratesowskie Wiem, że nic nie wiem. Bo Samantha Jones – co do tego nie mamy chyba żadnych wątpliwości – doskonale wie, że całkiem sporo wie.

Jeśli jednak chodzi o zaproszenie na szczyty feministycznego Parnasu, mam nieodparte wrażenie, że dziewczyny jeszcze trochę na nie poczekają. Bo Seks w wielkim mieście nie jest w żadnej mierze manifestem. Jest komedią, która momentami, w dość ciekawy sposób porusza ważne problemy. Aby dostrzec ten aspekt serialu, należy przebić się jednak przez dość grubą warstwę nierealnych wyobrażeń na temat życia w Nowym Jorku i godziny pogawędek przy lunchach. Na razie pozostaje im chyba bawić się we własnym gronie. W zasadzie to komu chciałoby się wdrapywać na Parnas, kiedy na dach Empire State Building można wjechać windą?


Sprawdźcie również: Magia Przyjaciół? Krótka opowieść o tym, jak zabiłam lata ’90
Sprawdźcie również: Galaktyczny staruszek, który nadal daje czadu! Pierwszy „Star Trek” 53 lata później
Natalia Nieróbca

Natalia Nieróbca

Współtwórczyni Culture Café. Jej największą pasją są podróże. Od czasu do czasu organizuje spontaniczne wypady do różnych ciekawych miejsc w Europie. Wielbicielka żeńskich końcówek wyrazów, sztuki nowoczesnej oraz filmów Sally Potter. Interesuje się także historią i polską poezją śpiewaną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *