Sen o Warszawie topi się w wannie – pierwsze zetknięcie z TACO na letniej pocztówce z podpisem HEMINGWAY

Topiąc się w litrach alkoholu, dusząc przy woni nieprzyjemnego odoru o pierwszej w nocy na jednej z lokalnych imprez, zwyczajowo zwanych „domówkami”, usłyszałem po raz kolejny parę utworów z najnowszego, letniego albumu Taco Hemingwaya.

Leciał. Ktoś odpalił, bo lubi, bo fan Taco, bo słucha rapu i tam gada, że dobre flow ten album wyzwala, że dzięki niemu wpada w trans. Moja już wcześniej – wiadomo dlaczego – skwaszona twarz przybiera dziwny grymas, tak sobie wtedy myślę, że jedyny trans, w jakim jest to ten alkoholowy. Taco i jakiś tam trans? Musiało to brzmieć komicznie. Generalnie sporo mam wspomnień z tego wieczoru, przecież był długi, skoro płyta chyba zapętliła. Może ze dwa razy. A może nie, może to było kilka kawałków, a całość znałem z kilkudniowego wyjazdu na Mazury, który odbył się jakiś czas wcześniej, dzień po niespodziewanej premierze płyty. Nie miejcie mnie za jakąś patologiczną jednostkę, pisząc ten tekst piję Ice Tea, nie sączę jakiegoś rumu czy innego whiskey, kłopotów z pamięcią nie mam, raczej to wina niezdrowego przemęczenia. No ale tak, dopijam tą herbatę i, cóż, jestem w warszawskim transie.

Panasewiczowski sen o Warszawie Filip Szcześniak, alias Taco, wyrzuca do pobliskiego kosza przy jednym z warszawskich, zabrudzonych metr, a pięć minut później, na poczcie, wysyła POCZTÓWKĘ Z WWA, LATO ’19, wcześniej niż planował, dlatego dla wielu może być to zaskoczeniem. Kto jest adresatem? Fani, czy każdy, czy może cała Polska? Matko, ale trudne pytanie, żadne z nich, no przecież, że Warszawa! Panowie na poczcie nawet nie muszą się fatygować, koperta leci na dach Marriotta, to tam, przyjmijmy, przesiaduje ludzkie wcielenie naszej stolicy. I tak, ona otwiera kopertę i zapewne po przesłuchaniu pocztówki jakoś posmutniała, bo marzenie o Warszawie z biegiem lat przemieniło się, teraz mu bliżej do żulczykowskiej wizji, w której bohater nie śni o stacji, a o potopie mającym zmieść z powierzchni Ziemi to spaczone do bólu miasto.

Taco Hemingway nie wymawia modlitwy niczym Kamil Nożyński, ale prezentuje się tutaj jako całkiem dla tej Warszawy nieznośny cynik. W SANATORIUM przecież na samym początku otrzymujemy wymowną, przy tym chyba moją ulubioną linijkę z całej płyty, a brzmi ona następująco: Męczy mnie stolica, chcę by stała w ogniu/WWA nie spłonie nigdy, ogień stałby w korku, heh; ogólnie rzecz biorąc, te jedenaście utworów to pełne krytyki hymny, w większości wobec stolicy Polski, ale całościowo tyczy się to wielu tematom, począwszy od autotematyzmu połączonego z biografizmem, po typowe strofowanie słuchaczom i zwyczajnym obywatelom Rzeczpospolitej. Warto zatem zadać typowo szkolne pytanie: co autor miał na myśli?

Szcześniak ma dwadzieścia dziewięć lat, powoli jego najlepsze lata imprezowania, nasycone hektolitrami czystej substancji i kredowym proszkiem (Blondwłose licealistki znów kąpały się w tej bieli) dobiegają końca, dlatego po części ta pocztówka może być rozliczeniem ze wszystkimi imprezami, na których miał szansę bywać. Wychodzi na to, że Filip przestał lubić się z Warszawą, ale przy tym wciąż odczuwa do niej pociąg, co z łatwością możemy podpiąć pod taki mały syndrom sztokholmski (Mówię o niej często źle, lecz ona wiele wybaczy/Próbowałem od niej zbiec, lecz wcale nie chcę jej stracić). Obserwujemy w tej chwili nie tylko standardowy roast na Warszawie, ale krzyk człowieka, który to miasto kocha, choć traci umiejętność traktowania go na poważnie.

O co chodzi z tymi imprezami? Wydaje się, że muzyk już dawno poznał ich destruktywny charakter i chociaż tak dalej go do nich ciągnie, tak nie ma zamiaru dłużej trwonić czasu i doprowadzać siebie do stanów okraszonych „kac gigantami” i melancholijnymi stanami bez wystarczającego dodatku serotoniny; w prosty sposób manifestuje: W piątki leżę w wannie/Nie mam siły tańczyć ani chlać/Napijcie się za mnie/Nie chce mi się płakać ani śmiać. Czyli album nie jest jedynie o metafizycznej wizji Warszawy, elementy personalnych odczuć związanych z życiem Taco również się znajdą!

Nie jesteśmy tu po to, żeby wyszła z tego recenzja kolejnego albumu studyjnego Taco, natomiast tytuł tego tekstu nie jest przypadkowy – tak, jest to moja pierwsza styczność z jego twórczością, wcześniej jakoś zręcznie omijałem większość jego płyt i najbardziej znanych piosenek, a duet Quebonafide w żaden sposób nie umiałem traktować na poważnie, teraz jakoś przekonałem się i dałem szansę przynajmniej jednemu z tych dwóch raperów. I, bądźmy szczerzy, jestem tak „odrobinę zachwycony”, bo ja bardzo lubię słuchać ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Ale jeśli mówią coś po przemyśleniu wypowiadanych słów, ludzi, którzy cedzą i potrafią rozumować. I mam takie wrażenie, że Taco Hemingway jest jedną z tych osób stojących twardo na Ziemi i nieodlatujących w kosmos niczym Elon Musk.

Trochę minęło, odkąd Taco Hemingway wydał POCZTÓWKĘ Z WWA, LATO ’19 i u mnie ona tak ciągle sobie leci i się zapętla od rana do wieczora w akompaniamencie Arctic Monkeys. Co mogę rzec, nadal jestem w transie i lubię te jedenaście opowieści. Zaraz chyba kupię bilet na busa i wybiorę się do Warszawy. Też się wybierzcie. Sposoby są dwa. Pierwszy to podróż, drugi to kupno albumu. Skłaniam do tej drugiej. Na zdrowie!


Sprawdźcie również: Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! – Małomiasteczkowy pozamieniał mi noce w dnie
Sprawdźcie również: O tym, jak Arctic Monkeys wydali brawurowy krążek, ratując przy tym brytyjskich słuchaczy

Open in Spotify

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Aktualnie pisze dla Film.org.pl. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *