„Mnie życie smakuje, jestem czarodziejem własnego losu” – Łukasz Maciejewski maluje swój autoportret w internetowym wywiadzie-rzece [ROZMOWA]

Historia tej rozmowy jest nieco niezwykła. Z Łukaszem Maciejewski, krytykiem filmowym, teatralnym, wykładowcą na łódzkiej „Filmówce”, a także twórcą bestsellerowego cyklu Aktorki oraz prowadzącym na topowych festiwalach w Polsce spotkaliśmy się aż dwa razy, ze względu na trefny dyktafon w telefonie. Pozwoliło nam to operować na większej ilości płaszczyzn, rozwinąć niektóre zagadnienia i nakreślić tematykę wywiadu; dyskutujemy przede wszystkim o skromnej egzystencji, o ciężkiej pracy, roli kobiet w życiu naszego gościa, przy tym o personalnym samozaparciu, dzięki któremu można osiągnąć naprawdę wiele.

Łukasz Maciejewski z rozmarzeniem wspomina kluczowe momenty swojego życia, jak również przytacza własne doświadczenia i rozrysowuje swoją indywidualną, oryginalną sylwetkę. Opublikowany wywiad przeprowadziliśmy na Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Rozmawiał Jan Tracz, a zdjęciami i pomocą merytoryczną zajęła się Gabriela Szczypa.


Jan Tracz: Słoneczna niedziela, zapach świeżego obiadu, iluzoryczna chwila spokoju – zaraz zaczniemy konwersować po raz drugi i mam nadzieję, że po raz kolejny wpadniemy w ten sam wir rozmowy. Czy od naszego ostatniego spotkania cokolwiek się zmieniło?

Łukasz Maciejewski: Myślę, że nie, niewiele! (śmiech).

Zatem przejdźmy do rzeczy – czy dotychczas jest to dzień dobrze wykorzystany, czy może Pan na chwilę naładował baterie? Obstawiam, iż zwierzynieckie spotkania nie pozwalają się w pełni zregenerować!

Aktualnie jesteśmy na dwudziestej edycji festiwalu, przyjeżdżam tutaj od kilkunastu lat, to magiczne miejsce – dobrze wymyślona impreza. Ambitne kino, w przyjaznych okolicznościach przyrody, świetni widzowie. Ale tak, ma pan rację, to dla mnie przede wszystkim praca, nie wakacje.

To trzeci dzień festiwalu – rozmawiał Pan już z Dyblikiem, Dziędzielem, Żuławskim i Fabijańskim, czy były to stymulujące spotkania?

Tak, na pewno; od zeszłego roku organizatorzy imprezy zaproponowali mi autorski cykl, w którym mam pełną dowolność doboru tytułów i gości, nazwa cyklu jest wszak zobowiązująca  (Goście Łukasza Maciejewskiego), wybrałem ważne dla mnie produkcje z ostatniego sezonu, oraz pokazy przedpremierowe – na przykład wczoraj odbył się drugi w Polsce pokaz Mowy Ptaków Xawerego Żuławskiego – zainteresowanie było tak wielkie, że trzeba było organizować dodatkowy seans, który skończył się po drugiej w nocy. Cieszę się, że udało mi się do tego cyklu zaprosić świetne nazwiska: m.in. Bartka Topę, Magdalenę Łazarkiewicz, Grażynę Błęcką-Kolską, Daniela Blooma, Kingę Dębską, Pawła Borowskiego. Czuję się prawdziwym gospodarzem, nawet dosłownie. Wszyscy mieszkamy w jednym pensjonacie. Nazywa się Relaks. Nazwa jest wiążąca. Relaksujemy się naprawdę.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Pomijając ten krótki, festiwalowy wstęp, chciałbym raz jeszcze zacytować Pana z książki Danuta Stenka. Flirtując z życiem: „Mnie nieustannie ktoś namawia, żebym zwolnił. Ale może ja właśnie wcale nie chcę zwalniać? Dopóki mam siłę, chcę flirtować sobie z życiem, i to na własnych zasadach”. Czy można nazwać ten cytat takim pańskim mottem, maksymą, za którą Pan ciągle podąża?

Tak, kiedy patrzę wstecz, rzeczywiście mam chyba coraz więcej wyzwań, propozycji. Kiedy niedawno usiadłem z kalendarzem w ręku u przyjaciół, którzy zapraszali mnie na spędzenie u nich kilku dni i odpoczynek, ze zdumieniem odkryłem że pierwsze trzy wolne dni (pięć wolnych dni to nierealne marzenie) znalazłem dopiero pod  koniec października. Jednym słowem do końca października nie mam żadnej przerwy.

Ale przecież nie musiałbym tego robić, nikt mnie do pracy nie zmusza. Lubię swoją pracę, a czasami kocham. I naprawdę uważam, że ktoś, kto na przykład codziennie musi wstawać o piątej rano, spędzić osiem godzin w pracy, która niekoniecznie go satysfakcjonuje, ma o wiele gorzej ode mnie. Dla siebie jestem sterem, żeglarzem, okrętem. Sam wybieram propozycje, dokonując niekiedy ostrej selekcji. Potrafię powiedzieć „stop”, „dziękuję”, „nie mam czasu”, „tego się nie podejmę”. Być może za jakiś czas będę pracował mniej, na razie spełniam się w tym, co robię. Na pewno nie zamierzam zwalniać, bo i po co.  I uśmiecham się, kiedy nieustannie mi się wypomina, że jestem pracoholikiem, nie dbam o siebie, zapracowuję się. Kiedyś się na to zżymałem, prostowałem, zaprzeczałem, ale ponieważ ciągle to słyszę – odpuściłem. Dzisiaj kiedy ktoś zamartwia się moim przepracowaniem, już nie zaprzeczam, nie tłumaczę się, tylko delikatnie uśmiecham. Jest w tym uśmiechu wyrozumiałość, ale i odrobina ironii.

To co Pan robi, praca, te wszystkie aktywności, to jest swego rodzaju flirt z życiem, prawda?

Nie wiem, na niektóre rzeczy mamy wpływ, jak np. wybór studiów, zainteresowań, ale już projektowanie własnego życia zawsze jest do pewnego stopnia nieuświadomione. Przecież nie miałem pojęcia, czy  zostanę krytykiem filmowym. Praca pracą, wysiłek wysiłkiem, ale bardzo wiele zależy od szczęścia, od tego, co się wydarzy i na co niekoniecznie mamy wpływ. Jeżeli chodzi o sferę zawodową mojego życia, czuję się beneficjentem losu. Mając takie, a nie inne cechy charakteru, cechy psychofizyczne – nie jestem ani  szczególnie przebojowy, ani dynamiczny – nigdy nie miałem problemów z pracą, zawsze  propozycji było więcej niż mógłbym przyjąć. To wielki dar losu. Dzięki temu mogłem i mogę, jak mawia mój przyjaciel, „baraszkować sobie z życiem”. Można to też nazwać tak jak Pan, czyli flirtowaniem z życiem. Bo czymże jest flirt? Czymś nie do końca serio, nie nazbyt poważnym, a jednak sprawiającym przyjemność. Mnie życie smakuje, sprawia stale przyjemność i wracając do poprzedniego pytania, wcale nie uważam, żeby to był jakiś znój, wysiłek. To samo przychodzi i trwa.

A jak się ten romans rozpoczął? Pamiętam naszą pierwszą rozmowę, podczas której wspominał Pan o pewnym konkursie w Gazecie Wyborczej

Byłem w pierwszej klasie liceum, czyli miałem wtedy chyba piętnaście lat. Początek lat 90, czas transformacji ustrojowej, pierwsze lata Gazety Wyborczej. Właśnie wtedy Gazeta ogłosiła ogólnopolski konkurs na recenzję filmową. Wziąłem w nim udział. Pisałem o filmie Ptasiek Alana Parkera, na podstawie Whartona; bardzo ważny dla mnie wówczas film. Nota bene, po latach odnalazłem tą recenzję…

Z tego co pamiętam, to nie za bardzo się Panu podobała!

O tak, to był szczyt grafomanii, egzaltacja przekraczająca wszelkie możliwe normy, niemniej udało się. Wygrałem ten konkurs, debiutowałem na łamach ogólnopolskiego wydania Gazety Wyborczej. Organizatorzy byli skonfundowani. Poważny konkurs, niezłe nagrody rzeczowe, publikacja  – a okazało się że konkurs wygrywa jakiś dzieciak, na dodatek wyglądający o wiele młodziej niż 15 lat. To musiało wyglądać komicznie. Pojawiły się nawet głosy, że nie mogłem napisać tej pracy samodzielnie (była najeżona cytatami z Herberta, a nawet z Pisma Świętego). Dzisiaj myślę że ten pierwszy sukces bardzo mi pomógł. To był konkret. Oczywiście, już wcześniej pojawiały się ważne dla mnie sygnały, że idę właściwą drogą. Na przykład za wypracowanie w szkole podstawowej o filmie dostawałem piątki z wykrzyknikami (nie było wtedy szóstek). Szedłem dalej, nie zastanawiając się, czy coś z tego wyniknie dla mnie w przyszłości. Czułem się bezpiecznie i dobrze. Z zawodowej perspektywy najwięcej dało mi jednak liceum. W Tarnowie, w I LO, pojawiła się nowa polonistka, pani Krystyna Latałowa, dopiero co wróciła ze Stanów Zjednoczonych, wprowadzała zupełnie inny model uczenia. Trochę jak w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Rozmawialiśmy o literaturze, poezji, ale także o życiu: o antysemityzmie, politycznej poprawności, społecznym zakłamaniu.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Z zawodowej perspektywy najwięcej dało mi jednak liceum. W Tarnowie, w I LO, pojawiła się nowa polonistka, pani Krystyna Latałowa, dopiero co wróciła ze Stanów Zjednoczonych, wprowadzała zupełnie inny model uczenia. Trochę jak w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Rozmawialiśmy o literaturze, poezji, ale także o życiu: o antysemityzmie, politycznej poprawności, społecznym zakłamaniu.

Odcinała się od ówczesnego systemu!

Tak. Wspaniała osoba, poszerzała nasze horyzonty, rozmawiała z nami na każdy temat. Nie byłem wtedy łatwym zawodnikiem. Rozsadzały mnie ambicje i upór. Niektórzy pedagodzy to kupowali, inni nie. Bywałem arogancki. Kiedyś na lekcji języka polskiego oświadczyłem, że nie będę czytał Mickiewicza, bo Mickiewicz jest do niczego, jestem w stanie zaakceptować jedynie Sonety Krymskie. Pani Latałowa poprosiła żebym to wyjaśnił i poświęciła mi całe czterdzieści pięć minut lekcji, tylko po to tylko, żebym zrozumiał, że po prostu błądzę; to była rozmowa przeprowadzona tylko ze mną, przy całej klasie, ale osiągnęła cel. Bardzo niezwykły pedagog i ważna postać w moim życiu. Nie tylko uczniowskim. Pani Krystyna Latałowa założyła bowiem w Tarnowie radio komercyjne, pierwsze w mieście. Od razu mnie tam zatrudniła, mało tego, na starcie dostałem audycje autorskie, które sam przygotowywałem. W Radiu Maks przepracowałem w sumie dziesięć lat, może więcej. W tym samym czasie razem z przyjaciółmi z klasy założyliśmy gazetę Wg – co oznaczało „świat według nas”. Piszemy o czym chcemy, i o kim chcemy. Również w liceum zacząłem jeździć do Gdańska, na Konkurs Wiedzy o Filmie, za drugim razem zostałem laureatem tej olimpiady. Pojawiły się pierwsze publikacje, potem kolejne. Już wtedy chyba wiedziałem, co chcę robić w życiu. Flirt.

Przeżywał on kryzys, czy nie było takiego momentu?

Przechodziłem kryzysy, jak każdy. Na przykład bardzo świadomie nie poszedłem na studia filmoznawcze, co wydawało się najoczywistszą drogą dla mnie. Koniec końców skończyłem filmoznawstwo, ale wcześniej poszedłem na politologię, ponieważ to był wówczas jedyny kierunek, na którym można było w Krakowie studiować specjalizację dziennikarską. Politologia od początku była pomyłką, ale poszedłem tam z powodów czysto zdroworozsądkowych. Mnie się zdawało, że filmoznawstwo to studia bez perspektyw, po których nigdy nie znajdę pracy. A ja starałem zachować samodzielność, lubiłem w sobie tę cechę, dlatego wybrałem politologię, której de facto nie skończyłem. Ale kryzys, jak Pan to określił, nie wynikał z braku wiary w siebie, lecz z prozaicznej sytuacji – na drugim roku studiów bardzo poważnie zachorowałem. Było to trudne doświadczenie, choroba zabrała mi  około dwóch lat życia – musiałem wszystko inne odstawić. W tym czasie praktycznie nie pracowałem, straciłem cały ten mój napęd, który miałem z czasów licealnych, przestałem pisać.

Całe szczęście napęd wrócił.

Wrócił, bo wyzdrowiałem, a doświadczenie choroby nauczyło mnie pokory, wiedziałem już, że nie można i nie warto niczym się specjalnie nie zachłystywać, na pewno nie sobą i tak zwanymi sukcesami. Myślę, że raczej mnie już nic nie zmieni, nie sprawi, że nagle odfrunę, że będzie mi za dobrze z samym sobą.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Wspomina Pan o wielu kwestiach, które w sposób namacalny dotykają pańskiego życia, ale również jedną z jego wielkich elementów są kobiety. W jaki sposób wpływają na pańską pracę i zwyczajową codzienność?

Osiem lat temu, podczas jednego zwykłego popołudnia, otrzymałem propozycję która zmieniła mój zawodowy los. To był pomysł redaktor naczelnej Świata Książki, Darii Kielan, która zaproponowała mi napisanie książki Aktorki. Chodziło o portrety najstarszych polskich aktorek. Na ostatniej prostej, jeszcze, zdążyłem się spotkać i z Ireną Kwiatkowską i z Aliną Janowską, z Małgorzatą Braunek, Danutą Szaflarską, Krystyną Feldman – zrobiłem z nimi  ogromne rozmowy, a także z kilkudziesięcioma jeszcze fascynującymi aktorkami. Książka spotkała się z ciepłym przyjęciem i powodzeniem, później były kolejne tomy, a wraz z nimi nagrody, recenzje, a w tym momencie można powiedzieć, że już setki spotkań autorskich. Sam sobie tego zazdroszczę. Ciągle spędzam całe dni w towarzystwie Ewy Wiśniewskiej, Agaty Kuleszy, Grażyny Błęckiej Kolskiej czy Joanny Kulig. Uwielbiamy się spotykać, lubimy ze sobą rozmawiać. Książka zbliżyła mnie do aktorek, których wcześniej nie znałem, może to za duże słowo, ale wydaje mi się że w wielu wypadkach nasza relacja jest  już bardzo bliska przyjaźni. Nie chodzi o relację dziennikarz-aktorka, dziennikarz-artystka, tylko naprawdę bliscy sobie ludzie. Kiedy słyszę: „Łukasz Maciejewski to kobiety” – zawsze promienieję.

Z jedną z tych bliskich już przyjaciółek – Danutą Stenką – „umówił się” Pan na przeprowadzenie szeregu rozmów, swoistego wywiadu-rzeki. Postanowiliście, że jeśli się uda – wydacie to, jeżeli nie – cała sprawa pójdzie w zapomnienie. Projekt okazał się niebotycznym sukcesem, książka doczekała się rok temu reedycji. Marzy Pan o porozmawianiu z kimś jeszcze w ten sposób?

Na razie zrobiłem sobie świadomą przerwę; sukces był ogromny, zarówno przy pierwszym wydaniu, jak i jego wznowieniu. Mam kontakt z Danusią, częsty, głównie SMS-owy, nawet wczoraj do siebie pisaliśmy, bo jest jedną z najbardziej zapracowanych aktorek, a ja być może jednym z bardziej zajętych krytyków filmowych. Wiedząc, jaki jest charakter Stenki, że jest bardzo skromna, wstrzemięźliwa, chroniąca swoją prywatność, daliśmy sobie rękojmię bezpieczeństwa. Powiedzieliśmy, że jeżeli nic z tego nie wyjdzie, bez żalu zarzucimy ten pomysł i dalej będziemy się ze sobą przyjaźnili na stopie prywatnej. Wszystko się jednak udało, czasami słyszę od różnych wydawców, że Flirtując z życiem to książka wzorcowa, i jeżeli jak ktoś przeprowadza wywiady-rzeki, myśli o naszym tytule jako punkcie odniesienia. Jeżeli to prawda, pozostaje mi się z tego cieszyć.

Które doświadczenie w jakiś sposób bardziej Pana napiętnowało – przygoda z cyklem Aktorek, czy olbrzymie powodzenie rozmowy z Danutą Stenką?

To jest tylko satysfakcja – nie dedukuję, nie kalkuję. Jeżeli okazało się, że moje książki spotkały się z ciepłym przyjęciem czytelników, zostały docenione przez krytyków – np. Aktorki rok temu nagrodę PISF dla filmowej książki roku, mogę być tylko usatysfakcjonowany.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Danuta Stenka powiedziała, że ma Pan coś w sobie z psychologa – do takich rozmów trzeba mieć przysłowiowego nosa, nieoceniona jest tutaj umiejętność wyczucia innych. Obstawiam, iż przy Aktorkach było podobnie…

To do mnie dochodzi przez innych, również dziennikarzy, w trakcie spotkań autorskich słyszę – rumieniąc się – wspaniałe rzeczy na swój temat, kiedy aktorki mówią, że czują się przy mnie bezpiecznie, komfortowo. Być może polega to na tym, że ja tymi wszystkimi latami uczciwej chyba pracy w moim zawodzie, starałem się nie rozmieniać na drobne i wypracowałem  taką pozycję, gdzie większość środowiska już mnie jakoś identyfikuje, ma do mnie pewnego rodzaju zaufanie. Wiedzą, że nie jestem typem skandalisty, sensacjonisty, że można mi zaufać. Cecha, z której mogę być dumny, bardzo użyteczna do rozmów, to umiejętność słuchania innych. Lubię mówić, nie sprawia mi to żadnego problemu, ale zdolność słuchania jest tak bardzo ważna w pracy dziennikarza, który zajmuje się tego typu książkami.

Jeden z moich poprzednich gości podzielił się pewną myślą. Parafrazując, powiedział, że w całym zawodzie dziennikarza filmowego przeprowadzanie rozmów, żurnalistyka, czy uczestniczenie w spotkaniach, niekiedy eventach filmowych, to rzeczy sto razy ciekawsze od pisania samych tekstów, recenzji. Nawet samego Łukasza Maciejewskiego na ten moment częściej zobaczymy i usłyszymy, niż przeczytamy. Wiele osób ma podobną opinię, ale jak Pan się odniesie do tego stanowiska?

Mam teraz taką unikatową chyba w naszym zawodzie sytuację, że spokojnie mógłbym się obyć w ogóle bez pisania, ale nie chcę tego robić.. Na pewno pisanie nie jest w tym momencie, nawet z czysto materialnej perspektywy, wyzwaniem które definiowałoby mnie i moją zawodową przestrzeń. Tak się złożyło, że nagle pojawiły się w moim życiu bardzo ważne przygody, na przykład szefowanie dwóm festiwalom. Cały czas kolejne miasta proponują mi prowadzenie stałych spotkań i rzeczywiście zdecydowanie łatwiej jest mnie gdzieś zobaczyć, niż przeczytać. Nie przeszkadza mi to, chociaż uważam, że pomimo tego, że świat się zmienia, przy tym samo funkcjonowanie kogoś, kto pragnie zostać krytykiem filmowym jest zupełnie inne, niż kiedy ja zaczynałem, nie zamierzam zaniechać przelewania swych myśli na papier. Bo to jest jednak podstawa.

Kiedy zaczynałem przygodę z krytyką, publikowałem minimum dwadzieścia artykułów miesięcznie. Powiem Panu szczerze, że dzisiaj tego żałuję. Wydaje mi się, że za dużo tego było, za dużo pracowałem, za dużo pisałem. Nie chodzi o to, że te teksty były złe – były przyzwoite, tylko nikt tego dzisiaj nie pamięta, wszystkie numery Kina lub Filmu wylądowały w koszu, przecież nikt tego nie zbiera, nie kolekcjonuje. A ja zamiast tyle pisać, mogłem wtedy sobie po prostu żyć – podróżować po świecie, korzystać z życia, nie siedzieć przed komputerem.

Dzisiaj lepiej oceniam swoją aktywność, proporcje są właściwe. Na przykład kompletnie zrezygnowałem z przeprowadzania wywiadów prasowych, redakcje już o tym wiedzą  – tego rodzaju propozycji pojawia się coraz mniej, a przecież całymi latami tłukłem tych wywiadów setki. Zmęczyła mnie ta formuła. Książki tak, ale wywiadów prasowych nie zamierzam już przeprowadzać. Pragnę zachować sobie niszę, jaką daje mi przykładowo Onet, bardzo jestem zadowolony z tej współpracy, mam tam absolutną wolność, piszę recenzje jakie chcę, felietony na tematy jakie mi się podobają, mało tego, mam świadomość, że jestem czytany. Staram się kontrolować swoją obecność w mediach, czuwać nad tym, a samo prowadzenie spotkań, premier, festiwali, jest również częścią tego zawodu i w tej chwili nie robię niczego, co byłoby poniżej moich aspiracji.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Choć dla Pana jest to wdzięczny zawód, tak przykładowo recenzje straciły na wartości w ostatnich latach, przeżywają swój mały regres. Na czym polega ta dysfunkcyjność zawodowa według Pana?

Świat się zmienił definitywnie, rzeczywiście tego zawodu już prawie nie ma. Jestem przekonany – Pan wybiera się  na studia filmoznawcze, pewnie już też o tym wie – że jeżeli ma się pasję i chce to robić, to jest to świetne wyzwanie, ale z racjonalnego punktu widzenia, jeżeli chce się z tego żyć, to nie wiem jakich cudów trzeba by dokonywać dzisiaj, żeby utrzymać się na dobrym poziomie tylko z pisania. Nie mam pojęcia co bym dzisiaj zrobił, gdybym właśnie kończył filmoznawstwo. Gdzie bym był, co bym robił? Wtedy, kiedy kończyłem studia, wystarczyło dobrze pisać. Redakcje same się  się zgłaszały i proponowały współpracę. Dzisiaj recenzje pisze się raczej dla siebie, nie dla konkretnych mediów.

Na festiwalu w Karlowych Warach rozmawiałem z moim dobrym znajomym, cenionym krytykiem. Usiedliśmy przy piwie czeskim, usłyszałem: „Łukasz, czy ty sobie zdajesz sprawę, że my naprawdę jesteśmy matuzalemami, ostatnim pokoleniem, które jeszcze może się utrzymywać i godnie żyć z uprawienia krytyki?” i podał za przykład historię bardzo znanego, słynnego  dziennikarza francuskiego, stałego korespondenta czołowych gazet we Francji, który przez wiele lat pisał na etacie recenzje filmowe i relacje z festiwali. Spotkał go w Warach, dowiedział się że dzisiaj jest wolnym strzelcem, stracił etat, sprzedaje teksty i relacje z tego typu imprez. W pewnym momencie padło pytanie: „No dobrze, ale z czego się utrzymujesz?”. On jakby kluczył, nie chciał odpowiedzieć, mój znajomy przyparł go do muru, Francuz w pewnym momencie wyznał: „No, co mam ci powiedzieć, jeżdżę taksówką w Paryżu”. To jest bardzo wymowne, bo mówimy o jednym z  najsławniejszych krytyków europejskich.

Sytuacja krytyków nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie jest dramatyczna. W związku z czym, piszą ludzie, którzy traktują to jako hobby, publikują w Internecie, albo na YouTube’ie, z małymi wyjątkami nie ma to kunsztu i klasy, które mieli koryfeusze gatunku w Polsce. Eberhardt, Jackiewicz czy Krzysztof Mętrak byli przede wszystkim erudytami. Rozległość intelektualnego zaplecza jest zawsze widoczna w ich tekstach. Mieli także możliwość publikacji  wielostronnych, wieloznacznych tekstów krytycznych, analiz filmowych, dzisiaj to  utopia. Kto chciałby to publikować, kto czytać. Nie, nie są to wesołe czasy dla krytyki filmowej.

Zatem na czym warto się skupić, jeśli chcemy wiązać swoją osobę z kinem, filmem?

Mnie jest trudno radzić, ale myślę że trzeba się nauczyć robić wiele rzeczy. I nie bać wyzwań. Ja nie mam kłopotu z poprowadzeniem premiery, wiem, jak się organizuje festiwale, nie mam żadnej tremy, kiedy prowadzę jakieś spotkania niezależnie od tego, czy na sali jest trzynaście, czy pięćset osób. Pomaga mi również to, że piszę zarówno o teatrze jak i o kinie, a te światy się wzajemnie uzupełniają, mogę pisać felietony, reportaże, recenzje, eseje – wszystkie gatunki są mi bliskie. Nie chodzi o przechwałki, tylko o wytłumaczenie się z nieodzownej dzisiaj multiplikacji aktywności. Jeżeli chce się być częścią zawodu, jakim jest dziennikarstwo filmowe, podstawową kwestią jest sprawdzenie w czym jest się dobrym. Odnalezienie swojej niszy, swojej pasji, specjalizacji  przesądza o sukcesie.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Kiedy ostatnio spotkaliśmy się z Panem, rozmawialiśmy o pańskiej etyce zawodowej, o tym, że oddziela Pan życie prywatne od zawodowego. Fakt, znajdziemy Łukasza Maciejewskiego na mediach społecznościowych, na Facebooku, na Instagramie, ale momentami jest to pozorne, chroni Pan swoją prywatność przed światem. Wiele osób związanych z krytyką tego nie robi, przykładowo Tomasz Raczek wypowiada się o władzy rządzącej, a Michał Oleszczyk nie boi się dzielić swoimi przekonaniami. Dlaczego akurat Pan zdecydował się tego nie robić?

Bo to jest moje życie i nie mam potrzeby, by było mnie (jeszcze) więcej. Jeżeli są osoby, które interesują się kinem i słyszały o moim nazwisku, to chcę być kojarzony jako ktoś, kto posiada swoje poglądy filmowe, to najważniejsze. Prywatnie zawsze jestem incognito. Niczego się o mnie nie dowiecie. Jeśli rzeczywistość publiczna zmusza mnie do tego, nie mam problemów z wyraźnym opowiedzeniem się po którejkolwiek stronie konfliktu. Jestem obywatelem tego kraju, mam swoje poglądy. Robię to jednak w sposób bardzo kontrolowany, poza tym, oglądając profile niektórych kolegów dziennikarzy, mam mocno mieszane uczucia. Nie wydaje mi się, żeby wstawianie cały czas emotikonek, albo pisanie na okrągło – w gruncie rzeczy – poprawnych politycznie haseł miało większy sens.

Wszyscy wśród naszych znajomych mają te same poglądy, więc to jest takie mielenie się we własnym sosie. Nieustanne mielenie ziarna które od dawna zostało zmielone. Moim zdaniem Facebook to nie jest medium, które by mogło zmienić rzeczywistość polityczną, czy społeczną, a Instagrama w ogóle nie rozumiem. Dla mnie, czy to się komuś podoba, czy nie, media społecznościowe to tylko i wyłącznie część mojego wizerunku zawodowego. To się sprawdza, bo nawet ta najnowsza przygoda, której stałem się częścią była efektem tej aktywności. Zupełnie nieoczekiwanie zostałem ambasadorem Nespresso Talents 2019 na festiwalu w Cannes  i usłyszałem, że bardzo duże znaczenie dla zleceniodawcy miała moja rozpoznawalność na Facebooku i wysoka jakość, jak to określono, owej rozpoznawalności. Nie zamierzam niczego zmieniać, nie będę nagle pisał o polityce, o społeczeństwie, nie zacznę wstawiać zdjęć jedzenia, piosenek też nie zamierzam wklejać, bo bez sensu, nie mój blues.

Wspomina Pan o wielu projektach, zatem raz jeszcze cofnijmy się do pierwszej rozmowy – mówił Pan wtedy o tak zwanym „detoksie” od mediów społecznościowych, który pozwolił się odciąć od zagadnień przed chwila omówionych. Dostarczyło to sporo wolnego czasu, ale i (chyba) otworzyło pańską duszę. Coś takiego naprawdę pomaga? Sam raczej bym nie dał rady! (śmiech).

Pomaga, chociaż nie jest to jakiś kompletny detoks, bo w końcu na tych portalach wciąż jestem. Staram się minimalizować aktywność na mediach społecznościowych, Instagram to Instagram, prawie tam nie wchodzę, z kolei Facebook jest traktowany przeze mnie dość protekcjonalnie, sprawdzam kompulsywnie co się dzieje na co dzień, ale – tak jak już wspominałem wam wcześniej – moja komórka, staruszka z dobudowaną baterią, ma wyłączone wszystkie powiadomienia dźwiękowe. Staram się być panem swojego czasu,  gdyby było inaczej, gdybym spędzał tyle czasu przed telefonem co przeciętny człowiek, nie mógłbym zrobić nic więcej.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Ma Pan zatem masę czasu na inne aktywności i chciałbym teraz nawiązać do tego, co napisał Raczek w Kino Passanie, z której cytat czytałem Panu za pierwszym razem, kiedy się spotkaliśmy. Brzmi on mniej więcej następująco: „Krytykant powinien być również erudytą, przynajmniej takim, jak Zygmunt Kałużyński” Kontekst był taki, że w ten sposób potrafi się ciągle rozwijać, posiada naturę poznawczą rozwijającą jego horyzonty. Rozmawialiśmy wtedy o literaturze, sztuce, o tym, w jaki sposób pańskie teksty potrafią obrać artystyczny, kwiecisty język. Chciałbym powrócić raz jeszcze do tego tematu…

Jestem uzależniony od czytania, nie wyobrażam sobie życia bez książek, bez literatury. Prasy filmowej w ogóle nie czytam, od wielu lat, za to nałogowo czytam książki. Mówimy oczywiście o literaturze bezinteresownej, bo to są wydania poza kulturoznawstwem, czy filmem. Na przykład ostatnio przeczytałem Jaszczura Balzaca po raz pierwszy, tutaj, w Zwierzyńcu czytam Pod słońcem szatana Bernanosa, wybitną powieść mało w Polsce znanego pisarza francuskiego, jednego z niewielu tej klasy pisarzy chrześcijańskich, który do wiary podchodził w sposób wątpiący i poprzez zadawanie pytań drenował duchowość. Interesuję się też sztuką, malarstwem, filozofią, teatrem, kinem – te wszystkie sztuki w jakiś sposób się ze sobą łączą.

Konwersujemy o tych czynnościach, rozmawiamy przede wszystkim o życiu, dlatego drugi raz zacytuję pewne pańskie słowa, proszę posłuchać: „Uwielbiam trwonić czas, być sybarytą i sączyć wino” (śmiech). Zapytałem Pana wtedy  i zapytam raz jeszcze: wymienione przeze mnie zajęcia posiadają oblicze integrujące, towarzyskie. Przydają się one podczas samej pracy dziennikarza, czy jednak same zdolności, cechy prywatne, są przez Pana oddzielane co do życia prywatnego?

Myślę, że jestem akceptowany przez środowisko, ale sporo osób wyraźnie nie przepada za mną. I bardzo dobrze, nie można być lubianym przez wszystkich. Wracamy do flirtu z życiem. Lubię ludzi, lubię spędzać czas w towarzystwie, uwielbiam słuchać moich przyjaciół. Bardzo ważną cechą, którą wymagam od  siebie i od znajomych jest poczucie humoru i dystansu. Mam nadzieję, że posiadam tę cechę i potrafię być autoironiczny. Rzeczywiście, bywam sybarytą, potrafię odpoczywać. Tuż przed Zwierzyńcem byłem na krótkich wakacjach w górach, w ogóle nie było zasięgu, a zatem nie mogłem rozmawiać przez telefon, co dobrze mi zrobiło. Przyjaciółka uprawia piękny ogród: ma warzywa, owoce, fruwają motyle, tam problemem nie jest polityka, kto jest przeciwko komu, tylko że sarny zjadły nasturcje, albo pani Jadzia przyniosła świeże rydze. Całymi dniami siedziałem przy wielkim stole, patrząc przez okno w góry, rozmawialiśmy o życiu, towarzyszyły nam cztery koty i jeden pies, to było po prostu wspaniałe. Albo długie wyprawy w Pieniny….

Właśnie, widziałem na Instagramie!

Cudowny, cudowny czas i szkoda, że czasami nie mam go więcej. Chociaż mnie tych kilka dni dużo dało, szybko się regeneruję i to sprawia potem, że mam w sobie sporo wewnętrznego spokoju.

Culture Cafe
Fot. Gabriela Szczypa

Na zakończenie, chciałbym przywołać jeszcze jedną, bardzo bliską mi sentencję, idealnie komponującą się z tematyką flirtu z życiem. Marek Aureliusz w Rozmyślaniach pisze, żeby „zwracać uwagę na to, jak wielkim przywilejem jest wstawanie rano i możliwość czerpania z życia, codziennie, aż do śmierci”. Czy dla Pana to wszystko jest przywilejem?

Tak, to jest przywilej, w ogóle piękna myśl. To jest w zasadzie  o mnie. Oczywiście, zdarzają się gorsze dni, kiedy nastanie listopad, będzie ich znacznie więcej, ale ja pamiętam nawet, co wtedy odpowiadałem i raz jeszcze to powtórzę.

Czekałem na tą odpowiedź! (śmiech).

Nie jestem typem, który by wstawał lewą nogą – mnie się prawie wszystko w moim życiu podoba. Mam wrażenie że zawsze budzę się uśmiechnięty. Każdego dnia właściwie. Może to naiwne, ale mnie się wydaje, że coś ciekawego się w tym dniu wydarzy. I najczęściej tak się właśnie dzieje. Może to trochę zaklinanie losu, ale w moim przypadku to naprawdę działa. Wiem że charakterologicznie nie bardzo pasuję do tego kraju. Zwłaszcza w Krakowie, gdzie mieszkam na stałe, wszyscy narzekają. Ja nie mogę tego słuchać. Wieczne pretensje,  że „wszyscy mają dobrze, a ja mam źle, chociaż jestem taki wspaniały” – no, to stary zapierdalaj. Mam  poczucie, że naprawdę wiele od nas zależy; może to jest kwestia genów, może charakteru, może jedno i drugie, ale jestem głęboko przekonany, że sami tworzymy nasz los. Jeżeli bardzo chcemy być pesymistami to będziemy nimi, i zepsuje nam to kawałek życia, niepotrzebnie wpędzi w kłopoty, negatywne myślenie, w depresję. A jeżeli zależy nam na tym, aby świat był dobry, żebyśmy otaczali się dobrymi ludźmi, choć często ludzie bywają wstrętni, to można to po prostu zrealizować. Jestem czarodziejem własnego życia.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Ja też dziękuję.


Sprawdźcie również: Każdy nowy seans to przygoda – Michał Oleszczyk o swojej pasji filmowej [ROZMOWA]
Sprawdźcie również: Nie wiem, czy zawód krytyka jeszcze istnieje – Jakub Koisz życiowo o filmie [ROZMOWA]

Zdjęcie tytułowe: Fot. Gabriela Szczypa

 

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College w Londynie. Aktualnie pisze dla Film.org.pl. Współpracuje z portalem Movies Room, publikował dla Filmawki. Kupuje w kinie wszystko, co jest choć trochę ckliwe, przegadane lub osobliwe. Nie pogardzi zabawą formą i łączeniem gatunków albo dobrym akcyjniakiem. Fan stylistyki Daviesa, opowieści Linklatera, humoru Allena, klasyki Wildera, a nawet oniryzmu Felliniego. Czasem poszukuje w filmie melancholii na miarę książek Conrada i Faulknera. Największy fan "Dumy i uprzedzenia" na świecie. Od niedawna zachwyca się musicalami, a przy okazji świetnie się bawi na dusznych horrorach. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

2 thoughts on “„Mnie życie smakuje, jestem czarodziejem własnego losu” – Łukasz Maciejewski maluje swój autoportret w internetowym wywiadzie-rzece [ROZMOWA]

  • Avatar
    27 sierpnia 2019 at 17:16
    Permalink

    Słuchając tego, co mówi Łukasz Maciejwski, oraz jak to robi, mam czystą przyjemność. Intelektualną i estetyczną. Jest on przykładem, że dziennikarstwo, choć dogorywa, jeszcze nie umarło. A poza tym to świetnie ubrany mężczyzna, esteta – również dlatego miło mi przebywać w jego towarzystwie, kiedy oglądam w telewizji podsumowanie wydarzeń kulturalnych tygodnia. Pozdrawiam Marta Sztokfisz

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *